Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Film na dziś: Obcy – decydujące starcie (Aliens) 1986

aliens1

Jeden z klasyków kina, do którego wracamy już od prawie 30 lat, i do którego będziemy za 30 lat wracać. Obcy – decydujące starcie (w oryginale Aliens), to druga część … ale tak serio? Naprawdę komuś trzeba przedstawiać ten film? Jednak, jeśli jakimś cudem ktoś jeszcze Obcego nie widział, to w skrócie. W pierwszej części ośmioosobowa załoga statku kosmicznego Nostromo musi stawić czoła tajemniczej formie życia (w liczbie: jeden osobnik). W drugiej części, jedyna ocalała z Nostromo, Ellen Ripley, z całym oddziałem colonial marines za plecami, stawia czoła tajemniczej formie życia w liczbie: zbyt wielu, by liczyć. Pierwsza część, w reżyserii Ridley’a Scotta to typowy slasher, tylko zamiast grupy nastolatków mamy załogę statku kosmicznego, zamiast domku na pustkowiu mamy owy statek komiczny a zamiast mordercy mamy … obcego :) Za kręcenie dwójki zabrał się James Cameron. Dumał on jak się wyróżnić, dumał i wydumał. I zrobił jeden z najczadowszych filmów jakie widziałam.  Obcy – decydujące starcie (jak się okazało, nie takie decydujące, bo po nim powstały jeszcze dwie części) różni się od swojego poprzednika. Na ekran wraca Ellen Ripley (Sigourney Weaver), ale nie jest już przestraszoną dziewczynką. Jak trzeba to łapie giwerę, a i na urzędasa potrafi się wydrzeć. Nie ugina się nawet przed całym oddziałem marines. A ci to już plejada osobistości: sierżant Apone (Al Matthews), dla którego zwykła owsianka jest wykwintnym daniem; kapral Dwayne Hicks (Michael Biehn), który za najlepszą grę wstępną uważa opowiadanie dziewczynom o swoim pistolecie (Ripley&Hicks – best love story ever!); szeregowiec W. Hudson (Bill Paxton), dla którego game over, man, game overa dalej Drake (Mark Rolston), Vasquez (Jenette Goldstein), Frost (Ricco Ross), Bishop (Lance Henriksen) i kilku innych. Aliens ocieka zajebistością. Ta scena:

  • jak Newt stoi w ścieku a zza niej z wody wyłania się ksenomorf 8-O
  • jak Hudson wywala cały magazynek w facehuggera :mrgreen:
  • jak Apone budzi swoich podopiecznych :lol:
  • jak radar pokazuje, że ksenomorfy są na tyle blisko, by być z nimi w jednym pomieszczeniu … i Hicks zagląda za kratę w suficie :-o
  • jak marines stroją sobie żarty a Ripley ich gasi opowieścią o Nostromo 8-)
  • itd.

Te teksty:

  • - Hey Vasquez, have you ever been mistaken for a man? – No. Have you?
  • Game over man, game over!
  • What are we supposed to use, man? Harsh language?
  • Get away from her, you bitch!
  • What do you mean, „*They* cut the power”? How could they cut the power, man? They’re animals!
  • We’d better get back, ’cause it’ll be dark soon, and they mostly come at night… mostly.
  • itd.

Takich filmów już nie robią … :( Jednak robili, a to najważniejsze :)

O Drakuli bez wampiryzmu.

Zanim pojawili się Damon i Stefan, Louis i Lestat, Eric i Bill, David, Edward, Spike, Blade, John, Suarez, itd. był Drakula. Ale nie ten z powieści Stokera, nie ten, który nosi twarz Beli Lugosi, Christophera Lee czy Gary’ego Oldmana. Ten prawdziwy Drakula – Vlad Drakula.

Niedługo czeka nas premiera kolejnego filmu traktującego o krwiopijcy z Transylwanii. Zatytułowany Dracula: Historia Nieznana zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam obejrzeć sobie jego zapowiedź. Wyglądało to całkiem nieźle; blockbusterowo, ale obiecująco. Przez chwilę nawet myślałam, że oto doczekaliśmy się w mainstremie filmu o Drakuli bez wątku wampirzego. Nic z tego :) Kiedy napisałam na filmwebie, że jestem nieco zawiedziona kolejnym wątkiem fantasy dostałam odpowiedź: „No chyba samo to że tam jest Dracula to już fantasy:D”

Z tym, że niekoniecznie. Vlad Drakula istniał naprawdę i wampirem nie był. Może by się szarpnąć i zrobić film tylko o nim?

Continue reading O Drakuli bez wampiryzmu.

Jak wywołałem wojnę domową w Albanii?

Na kilka dni przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych, ubiegający się o reelekcję kandydat zostaje przyłapany na skandalicznym romansie ze swoją pracownicą. Opinia publiczna w szoku, media nie mówią o niczym innym. Całe szczęście, gdzieś w odległym zakątku świata wybucha wojna domowa i teraz to ona skupia na sobie uwagę dziennikarzy. Prezydent może odetchnąć z ulgą.

Wbrew pozorom jednak, to nie będzie wpis o Billu Clintonie i Monice Lewinsky. Jednak, kiedy ogląda się film Wag The Dog (ang. merdając psem, po polsku znany jako Fakty i akty), nie można oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ich historia, podszyta hollywoodzką fantazją, była inspiracją do stworzenia scenariusza. Wszystko fajnie tylko, że film miał premierę … rok przed prezydenckim romansem. I mimo dobrego scenariusza, ciętych dialogów i plejadzie gwiazd (De Niro, Hoffman, HecheLearyNelson, Dunst, H. Macy, T. Nelson, Harrelson) mało kto o nim słyszał. Przypadek?

Continue reading Jak wywołałem wojnę domową w Albanii?

Film na dziś: La cara oculta (2011)

phj4qn6pjb7q

La cara oculta to thriller opowiadający historię młodego dyrygenta filharmonii (Quim Gutiérrez), który krótko po zaginięciu swojej narzeczonej (Clara Lago), układa sobie życie z inną kobietą (Martina García). I to właściwie wszystko, co powinniśmy wiedzieć zasiadając do tego filmu. Aby czerpać z niego najwięcej rozrywki, nie możemy, powtarzam, NIE MOŻEMY! czytać o nim w internecie, ani tym bardziej, oglądać trailera! Nie wiem kto tam w Hiszpanii odpowiada za te sprawy, ale zdradzić taki twist fabularny w krótkiej zapowiedzi filmu to zbrodnia. Ja miałam to szczęście, że kiedy oglądałam film nie wiedziałam o nim nic, poza tym, jakiej jest produkcji.

Muszę przyznać, że La cara oculta to udany thriller z, jak wspomniałam, bardzo dobrym zwrotem akcji, ciekawym pomysłem na fabułę i dającą do myślenia końcówką. Jak Ty byś się zachował? W każdej z tych sytuacji?

Wilfred, czyli piwnica nie istnieje.

Elijah Wood, szerokiej publiczności znany jako Frodo, to gość, którego ostatnio zaczynam sobie mocno cenić. Po udziale w tak kasowej produkcji jak Władca Pierścieni, nie zachłysnął się sławą, i od tamtego czasu, poza kilkoma wyjątkami, wybiera sobie scenariusze bardziej ciekawe niż rentowne. Jednym z takich scenariuszy zdecydowanie jest Wilfred. Tytuł wystartował w Australii jako serial komediowy, a skończył w Stanach, z większym budżetem i imponującą listą aktorskich nazwisk, jako serial hm … komediowo-przedziwny. Wilfred nie jest podobny do Twin Peaks, ale to chyba najbliższe Twin Peaks co powstało, przez ostatnie 25 lat.

Continue reading Wilfred, czyli piwnica nie istnieje.

Moja wizyta na Gran Canarii

W 2010 roku spotkało mnie coś naprawdę ciekawego. Trochę niechcący udało mi się dostać na szkolenie animatorów kultury, które odbywało się na Wyspach Kanaryjskich. Konkretnie na Gran Canarii a konkretniej w mieście San Agustín. Osobie, która najdalej od domu była w Poroninie, wyjazd w tak egzotyczne miejsce wydawał się być totalną abstrakcją. Tak niemożliwą, że nawet nie do końca rozumiałam co się działo, kiedy kupowałam bilety na samolot, pakowałam się do wyjazdu i jechałam na lotnisko.

Ja zawsze lubię mieć w głowie jakiś plan, na wypadek gdyby. Nigdy nie wiem, co to gdyby ma znaczyć, ale uwzględniam je i plan B mam w zanadrzu. Tym razem nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Kompletna pustka. Pierwszy lot samolotem, pierwsza podróż do innego kraju. Ba, pierwszy pobyt poza kontynentem. To, co czułam to nie był nawet strach, bo nie wiedziałam, czego mam się bać. Ale to nie była też ekscytacja. Ja chyba przez cały czas nie wierzyłam, że to, co się dzieje to prawda.

Continue reading Moja wizyta na Gran Canarii

Pytanie bez odpowiedzi …

W październiku tego roku, po raz pierwszy w życiu, wybieram się do Madrytu na mecz Realu z Barceloną. Bilety pozamawiane, wszystko (prawie) przygotowane i jasne. Teraz tylko czekać i zacierać ręce. Jednak nie do końca. Bo oto z wizją wyjazdu pojawił mi się okrutny problem pierwszego świata: Czyją koszulkę kupić?

Nie sposób być w stolicy Hiszpanii w weekend Gran Derbi i wrócić do domu bez oryginalnej koszulki z nazwiskiem jednego z ulubionych piłkarzy. I wszystko byłoby jasne, gdyby nie fakt, że ja i mój brat (który będzie mi towarzyszył w wydarzeniu), oboje chcemy koszulkę SR4, the one and only Sergio Ramos. Uznając jednak, że kupowanie dwóch koszulek z nazwiskiem tego samego piłkarza nie ma sensu – ustąpiłam. I wtedy właśnie pojawił się mój problem. Jeśli nie SR4, to kto?

Continue reading Pytanie bez odpowiedzi …

Guilty Pleasure: Big Bang

Drugi wpis z cyku Guilty Pleasure też zahaczy o muzykę. Tym razem nie będzie jednak o letniej utracie myślenia i płynięciu z latynoskimi rytmami. Teraz będzie coś, co naprawdę cięzko wpasować w jakiekolwiek kategorię.

Siedzisz sobie człowieku grzecznie, przerzucasz po kanałach, i nagle Twoim oczom ukazuje się chłopiec bądź dziewczynka. Ubrany/a dziwacznie, nawija coś w nieznanym języku w rytm tłustego bitu. Za moment pojawia się kolejny – tym razem topless, więc widać, że chłopak. Szczęka opada Ci niżej z każdą kolejną postacią ukazującą się na ekranie. Niecały rok później nie tylko potrafisz ich wszystkich rozróżnić, ale znasz ich pseudonimy (G-Dragon, T.O.P, TaeYang, DaeSung, SeungRi) i twórczość, i zdarzyło Ci się wykłócać, który z nich jest najlepszy :) Koreański boyband Big Bang to coś, czego nie potrafię wytłumaczyć, ale jakaś część mnie to uwielbia, choć nigdy nie będzie w stanie traktować tego serio :) Do moich ulubionych piosenek (i teledysków, bo dziwność tych teledysków idzie w parze z muzyką) należą:
- Monster – 1000 słów nie wyrazi tego, co obraz :)
- Bad Boy – r’n'b w wykonaniu … Azjatów. Także tego.
- Haru Haru – ta bójka! :twisted:
i kilka innych. A piosenką (i teledyskiem) prezentującym będzie ta piosenka (i teledysk), która mnie z butów wyrwała tej spokojnej, nudnawej soboty, jakiś niecały rok temu.
wow
fantastic baby!

BTW: SeungRi FTW! :P

Remake, reboot, sequel, prequel i inne dziwne słowa.

remake1

Idąc do kina i widząc takie tytuły jak Planeta Małp, Mad Max, Pamięć Absolutna, Terminator (o zgrozo!), itd. można być pomyśleć, że cofnęliśmy się w czasie o jakieś 10 do 20 lat. Czy to tak źle? Oto jednak uda się nam obejrzeć nostalgicznie wspominane filmy na wielkim ekranie! Zobaczyć jak coś tam coś tam itd. Aż łezka się w oku kręci a nogi uginają z radości.

Hola, hola, amigo!

Cała radość ulatuje z człowieka, kiedy okazuje się, że rok jest wciąż 2014, a wszystkie te filmy to tylko nowe, odświeżone, wypieszczone i często, nieprzemyślane, wersje naszych ukochanych klasyków.

 Osobiście nie jestem ani zwolenniczką, ani przeciwniczką remake’owania filmów. A może inaczej, jednocześnie jestem za i przeciw. Jak ze wszystkim, tak też i z recyklingowaniem pomysłów scenariuszowych, warto zachować zdrowy rozsądek. Niekiedy pomysł na zrobienie tego samego filmu od nowa znajduje swoje racjonalne wytłumaczenie, innym razem kończy się na załamaniu rąk i pytaniu na cholerę?!. Gdzie leży różnica?

Continue reading Remake, reboot, sequel, prequel i inne dziwne słowa.

Film na dziś: Oskar

oskar

Próbując dotrzymać obietnicy danej ojcu na jego łożu śmierci, gangster Angelo Provolone szykuje się do rozpoczęcia legalnej działalności jako bankier. Tego samego dnia księgowy informuje go, że zwróci skradzione mu pieniądze w zamian za rękę jego córki; gosposia oświadcza, że odchodzi, córka informuje, że jest w ciąży a policja dwoi się i troi, by dopaść go na gorącym uczynku. I to wszystko gdzieś między marynarką a spodniami!

FIlm Johna Landisa z 1991 roku to druga już (po francuskiej z Louis’em de Funès) wersja sztuki Claude Magnier’a pod takim samym tytułem, przeniesiona na duży ekran. Tym razem w rolę gangstera próbującego zacząć wieść legalne życie wcielił się Sylvester Stallone. Ten sam Stallone, który przed premierą Oskara zdążył pięć razy zostać Rocky’m Balboą, trzy razy Johnem Rambo a porucznikiem Marionem Cobrą Cobretti i np. Ray’em Tango po razie. W całym zamieszaniu kroku, dzielnie, dotrzymują mu takie nazwiska jak Tim Curry, Marisa Tomei, Vincent Spano, Peter Riegert i Chazz Palminteri. Pomyłka goni pomyłkę, nieporozumienia produkowane są taśmowo, każda z postaci ma ciętą ripostę w zanadrzu, a czarne walizki krążą i krążą.

Oskar to dobrze napisana komedia, której humor nie oscyluje w wulgaryzmach a raczej na grach słownych (temu też polecam w oryginale lub z napisami). Świetna do oglądania z całą rodziną. Nie wiem ile razy widziałam Oskara, ale raz zdarzyło mi się oglądać film z dziadkiem, który … pokładał się ze śmiechu jak małe dziecko :)