Remake, reboot, sequel, prequel i inne dziwne słowa.

remake1

Idąc do kina i widząc takie tytuły jak Planeta Małp, Mad Max, Pamięć Absolutna, Terminator (o zgrozo!), itd. można być pomyśleć, że cofnęliśmy się w czasie o jakieś 10 do 20 lat. Czy to tak źle? Oto jednak uda się nam obejrzeć nostalgicznie wspominane filmy na wielkim ekranie! Zobaczyć jak coś tam coś tam itd. Aż łezka się w oku kręci a nogi uginają z radości.

Hola, hola, amigo!

Cała radość ulatuje z człowieka, kiedy okazuje się, że rok jest wciąż 2014, a wszystkie te filmy to tylko nowe, odświeżone, wypieszczone i często, nieprzemyślane, wersje naszych ukochanych klasyków.

 Osobiście nie jestem ani zwolenniczką, ani przeciwniczką remake’owania filmów. A może inaczej, jednocześnie jestem za i przeciw. Jak ze wszystkim, tak też i z recyklingowaniem pomysłów scenariuszowych, warto zachować zdrowy rozsądek. Niekiedy pomysł na zrobienie tego samego filmu od nowa znajduje swoje racjonalne wytłumaczenie, innym razem kończy się na załamaniu rąk i pytaniu na cholerę?!. Gdzie leży różnica?

Kiedy remake ma sens?

Kiedy będzie nowym spojrzeniem na starą historię; kiedy będzie ją rozwijał, ubogacał. Zajrzy tam, gdzie nie zajrzał oryginał.

Weźmy na przykład historię dwójki przyjaciół, którzy zarabiają na życie zajmując się nielegalnymi interesami. Młodszy brat jednego z nich pracuje jako policjant, co już pozwala nam wyobrazić sobie jak radosna musi być atmosfera podczas rodzinnych spotkań. Czwartym do brydża jest wspólnik gangsterów, traktowany przez nich, delikatnie mówiąc, jak szmata. W pewnym momencie coś się dzieje, wszystko się tasuje i trzy lata później ich drogi krzyżują się na nowo. Tak mniej więcej wygląda zarys fabuły filmu Johna Woo Byle do jutra z Yun-Fat Chow’em w jednej z głównych ról. W 2010 roku, z błogosławieństwem samego twórcy (w postaci pieniędzy na produkcję) Koreańczycy nakręcili swoją wersję pt. A Better Tomorrow.
Czemu ten remake miał sens? Oryginał z 1986 r. to John Woo w najlepszym wydaniu. Jego film to genialne kino akcji, wręcz idealne, bez dłużyzn, bez rozwlekania się gdzie nie trzeba, zwięźle zarysowana historia i postaci. Dość powiedzieć, że Byle do jutra to obok Dzieci Triady i Płatnego Mordercy nieoficjalna trylogia akcji Johna Woo, która zrobiła z Fata wielką gwiazdę w Hongkongu i poza nim. A sam Woo wyznaczył nią tory, którymi później niejeden reżyser prowadził swoje filmy z gatunku sensacji.
Koreański remake to inne spojrzenie na tę historię. Ich wersja jest dłuższa o jakieś pół godziny i bardziej niż na akcji skupia się na zawiłych relacjach między czwórką bohaterów. Dodany został element dramatu, który nadał ich relacjom głębi. Tutaj mamy do czynienia z przyjaźnią, zazdrością, braterską miłością i nienawiścią, zawodem, rozpaczą i chęcią zemsty. Dużym plusem jest końcówka, która jest jedną z lepszych strzelanin, jaką kiedykolwiek widziałam na ekranie (i jest to nawiązanie do wersji oryginalnej), jednak finał historii ma zupełnie inny wydźwięk. Byle do jutra kończy się jak kino akcji powinno się kończyć. Z mocnym uderzeniem i nadzieją na lepsze, podczas gdy A Better Tomorrow jest okrutnie smutne.

remake2

Inny przykład remake’u z sensem? Proszę uprzejmie: Infiltracja Martin’a Scorsese i będąca dla niej inspiracją gangsterska trylogia z Hongkongu: Infernal Affairs.
Z tego co zauważyłam, Azjaci bardzo lubią wykorzystywać motyw wtyki, policjanta pracującego undercover. Widziałam to już w Dzieciach Triady, The New World, The Stool Pigeon czy ostatnio w The Raid 2, ale kiedy rozmawiamy o sytuacji policjant udaje gangstera, gangster – policjanta musimy zacząć od filmu(ów) Infernal Affairs. Pierwsza część, później druga będąca prequelem i trzecia: jednoczesnym sequelem i prequelem jedynki to historia policjanta infiltrującego grupę przestępczą i gangstera pracującego jako policjant. Kiedy obie strony zdają sobie sprawę, że są inwigilowane zaczyna się poszukiwanie wtyki. Chronologia w filmach jest tak poszatkowana, że nieuważny widz pogubi się na 100% i machnie na nie ręką. Powiadam jednak – IA to najlepsza trylogia gangsterska jaką przyszło mi oglądać. (Tak wiem, Ojciec Chrzestny bu hu). Trzeba jednak obejrzeć wszystkie trzy filmy.
Tutaj z pomocą przychodzi wersja Scorcese z 2008 (obsypana nagrodami, w tym jego pierwszym i jedynym Oskarem za reżyserię). Infiltracja to oficjalny remake pierwszej części IA, ale garściami czerpie z trójki, czyli zakończenia tej historii. DiCaprio, Damon, Nicholson, kawał dobrego scenariusza i bardzo nietypowa jak na Hollywood końcówka to była mieszanka, której nie sposób było nie nagradzać. Scorcese usiadł nad tą historią, ułożył ją po kolei, zrozumiale i przeniósł z Hongkongu do Bostonu. Tutaj nie ma lepszy/gorszy. Nawet jeśli Infiltracja jest przystępniejsza to wciąż jest tylko remake’iem. Ale dzięki Inflitracji dużo łatwiej jest połapać się w oryginale, co pozwala na lepsze zrozumienie i w końcu zachwycenie się tą historią i jej bohaterami. Jeśli jednak miałabym się czegoś przyczepić to zupełnie niepotrzebny, wrzucony na siłę i cholera wie po co, wątek trójkąta romantycznego. Z jednej strony – fajnie, że dodano coś od siebie, ale romans? Naprawdę? Azjaci obyli się bez tych tanich zagrywek, za co im wielce dziękuję.

Kiedy remake jest „Ok, niech będzie, ale w sumie po co? Nie lepiej zrobić coś nowego?”

Niektóre filmy mogły się już zestarzeć i przydałoby się je poodświeżać – tak myśli Hollywood. W sumie, nawet na naszym podwórku reanimowano kilka tytułów, np. wydając kolorowe wersje Samych swoich i pochodnych. Pytanie: czy trzeba coś poprawiać, bo już jest stare? Nie. Ale skoro już raz jakiś pomysł dobrze się sprzedał, to czemu by nie zarobić na nim po raz drugi? Niby można, ale … naprawdę?

remake3

Pamięć Absolutna 1990 i 2012: Najpierw Arnold Schwarzenegger, później  Colin Farrell mierzyli się z tym, co prawdziwe a co nie. Oba filmy to ekranizacja tej samej powieści, ciężko więc wersję z 2012 roku nazywać remake’iem, nie mniej, tak była reklamowana. Obie wersje w końcu to wyznaczniki czasów, w których powstawały i w swoich kategoriach  były dość udane. Pytanie tylko, czy ta nowa była potrzebna? Nie. Philip K. Dick napisał mnóstwo innych rewelacyjnych opowieści, których ekranizacje były hitami a do scenariuszy na podstawie jego prozy nie trudno znaleźć dobrych i znanych aktorów (Raport Mniejszości, Łowca Androidów, Przez ciemne zwierciadło). Może więc warto by było ekranizować kolejne tytuły spod jego pióra a nie ciągle ten sam?

Kiedy remake’owi mówię nienienienie?

Od dawna wiadomo, że Amerykanie nie lubią czytać w kinie napisów. Z moich obserwacji wynika, że nie tylko oni. Statystyczny polski widz, nawet jeśli już musi napisy czytać bądź oddaje się pod skrzydła lektora, i tak woli, gdy aktorzy mówią w znanym mu i osłuchanym angielskim. A co z fabułą? Niekiedy ta europejska czy azjatycka jest zbyt trudna, a co prostsze, to dotrze do większej ilości ludzi. Poza tym, wiele osób nie szuka filmów na własną rękę tylko czeka na to, co polecą im kina. Ktoś mógłby stwierdzić, że w takim wypadku to dobrze bo dzięki remake’om mniej znane filmy mają szansę na promocje. I można się z tym zgodzić. Tylko, jaki jest sens przerabiania tytułu, który w oryginale odniósł ogromny sukces kasowy, nie dalej jak dwa lata wcześniej? Amerykańskie wersje francuskich Taxi  i 13 dzielnicy, hiszpańskiego Rec, czy japońskich horrorów remake’owanych hurtowo, zaczynają nudzić. Hollywood, szarpnij się, wymyśl coś własnego, na litość! To właśnie temu, że Fabryka Snów ostatnio leci po najmniejszej linii oporu sprawiło, że się do niej zraziłam.  Z jednej strony, kto zabroni bogatemu? Z drugiej -  ostatnio ich filmy  to tylko marne wersje perełek z całego świata. Nie można jednak opierać swoich produkcji na przeróbkach, na czyjejś innej pracy. Nie zgadzam się. Nie! Za bardzo uwielbiam kino.

Żeby jeszcze ograniczyli się do podprowadzania pomysłów innym, trudno. Jednak oni poszli dalej. Teraz już recyklingują swoje własne pomysły i nadali im dźwięczną i wdzięczną nazwę reboot’u.

Kiedy reboot ma sens?

Reboot ma sens jeśli w momencie powstawania oryginału twórcy nie mieli odpowiedniej techniki do stworzenia go w godny sposób. Jednak nie poprawia się filmów idealnych oraz tych, które osiągnęły status kultowych.

Image and video hosting by TinyPic

Klasyka kina akcji, film Jamesa Camerona, Terminator z 1984 roku to chyba jeden z niewielu rewelacyjnych filmów, którego część druga okazała się lepszą. Tylko, że kiedy przyjrzymy się Terminatorowi 2 zauważymy, że to praktycznie ta sama historia, co Terminator 1. W obu częściach dwóch mężczyzn przenosi się w czasie: jeden by zabić, a drugi by chronić osobę o nazwisku Connor. Na samym początku ich cel spotyka swojego obrońcę, ale myśli, że jest odwrotnie. Zaczyna mu ufać dopiero po pojawieniu się tego złego. Wspólnie uciekają, chowają się w ustronnym miejscu, tam lepiej się poznają, następnie zły trafia na ich ślad. Pościg w końcu przenosi się na autostradę, mamy wypadek ciężarówki, zły zostaje uszkodzony, ale wstaje. Akcja dociera do ustronnej fabryki – po ciężkim boju zły i dobry umierają. Connor – żyje. Przypadek? Nie sądzę. Cameron zrobił po prostu taki sam film, ale tym razem miał za pazuchą dużo lepsze efekty specjalne. Zrecyklingował swój własny pomysł, ale dzięki temu stworzył film legendę.
I co się dzieje? Idzie ku reboot’owi Terminatora w jeszcze lepszej technologii. Moje pytanie jest takie – czy ten film da się jeszcze poprawić? Dwójka jest poprawioną jedynką a dwójka jest filmem idealnym w swoim gatunku. Tego nie da się zrobić lepiej więc reboot to atak na legendę! Jai Courtney (którego uwielbiam za rolę Varro w Spartakusie) jako Kyle Reese, a Emilia Clarke jako Sarah Connor? Gdzieś na świecie Michael Biehn iLinda Hamilton pokładają się ze śmiechu. Arnie „Oh, my back” Schwarzenegger jako T-800 był genialny, ale kiedy groził I’ll be back nie wiedziałam, że mówi serio. Nawet nie wspomnę, że wg plotek Byung-hun Lee, facet, którego, jak nikogo, wielbię za talent aktorski, będzie brał udział w tym bezczeszczeniu legendy :(
Hollywoodzie, musi być jakiś bóg w którego wierzysz i jeśli tak jest, proszę. Bój się go! Nie niszcz jednego ze swoich największych dzieł!

Kiedy reboot’owi pokazuję środkowy palec?

Dzieł kultowych się nie rusza. Ich się nie reanimuje, bo wciąż mają się dobrze. A zbytnia troska o dobro pacjenta może mu tylko zaszkodzić (i w 99% to zrobi). Co później? Skoro pokończyły się pomysły, to może sięgnijmy naprawdę głęboko? Metropolis, Gabinet doktora Caligari są już przecież mocno nadszarpnięte zębem czasu. Może kolejna wariacja na temat Nosferatu? Ostatnio przecież tak mało wampirów w kinach.
Jak szaleć to szaleć! Nowy Ojciec Chrzestny by się przydał! Tamten pierwszy już stary, nudny i długaśny. Big Lebowski tak samo mógłby się doczekać świeższej wersji. Ze śmiercią jej do twarzy, kolejny warty przypomnienia tytuł. Tylko tym razem obsadzimy aktorki, które nie potrafią grać! Może Imię róży? Bradley Cooper jako William a Zac Efron jako Adso? A może nowe Wejscie smoka? Hollywoodowi przydałby się jakiś Bruce Lee 2014! Podobnie jak Marilyn Monroe, James Dean czy Marlon Brando. Wersje 2.0. Ładne, ale … wtórne. Jak cała Fabryka Snów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>