Outsider (nie ważny) Rozdział 1

Bez większego gadania. Napisałam 7 rozdziałów i uznałam, że muszę zacząć od początku. Szkoda jednak trzymać wszystko w szufladzie, bo każda informacja jest zwrotna. Nawet jeśli ta wersja Outsidera jest już porzucona.

Enjoy!

Zielony? Czerwony? Który to będzie tym razem? Brus poczuł jak kropla potu spłynęła mu po karku. Właśnie uświadomił sobie, że za każdym razem kiedy zadaje sobie te pytania obiecuje, że to już ostatni raz; że nigdy do tego nie wróci, bo tak nie można żyć. Ciągły stres, skoki adrenaliny, poczucie, że następny gest może być tym ostatnim w karierze. Świadomość nieodwracalnych skutków swojej decyzji. I za każdym razem ruga się w myślach, że znowu pozwolił sobie znaleźć się w tej sytuacji. Czerwony? Czy jednak zielony? A może biały? Tylko, że biały jest fikuśnie zakończony, jeśli go tknę może zruszyć całą konstrukcję, a wtedy … niech niebiosa mają mnie w swojej opiece! Czas mijał a on wciąż przyglądał się zakończeniom każdego z podłużnych obiektów. Lustrował je i analizował pod wszelkim możliwym kątem. Gdyby tylko ten niebieski nie przeszkadzał, wtedy widziałby więcej, mógłby lepiej ocenić sytuację, a tak? Nawet delikatne uniesienie czerwonego nie rozwiąże tego problemu. Zegar tykał nieubłagalnie, jak to zegary mają w zwyczaju. Albo coś zrobię, albo pozostaje mi ucieczka. Jak ja się w ogóle w to wplątałem? Trzeba było trzymać gębę na kłódkę. I jeszcze tylu gapiów. Na cholerę oni tu stoją? Jeśli popełnię błąd ich życia również są w niebezpieczeństwie.

            – Twój ruch. – usłyszał głos z góry.

No co ty nie powiesz? Oddech Brusa stawał się coraz głębszy, kiedy starał się uspokajać swoje skołatane serce. Teraz albo nigdy, pomyślał. Wóz albo przewóz. Koń albo koniak. Wyciągnął dłoń i przybliżył ją do białego patyczka. Wziął głęboki oddech i wstrzymał powietrze. Nie zwykł tego robić w takich momentach, ale tym razem sytuacja była inna. Tym razem pieprzony Lazur miał już jeden trójząb, dwa wiosła, jednego bosaka i czternaście oszczepów. Brus z trzema harpunami, jednym wiosłem, jednym bosakiem i pięcioma oszczepami, potrzebował trójzębu jak osoba z atakiem biegunki potrzebuje wychodka, natychmiast! Ciężko przełknął ślinę, zbliżył dłonie do cienkiego, białego obiektu. W pomieszczeniu zapadła cisza. Wszyscy w oczekiwaniu wstrzymali oddechy. Palec wskazujący lewej dłoni Brus oparł tuz obok jednego z zakończeń, tego fikuśnego. Za sobą usłyszał łkanie jakiejś kobiety. Poprawił się na krześle. Opuszkiem palca dotknął patyczka. Nie poruszył się. Patyczek, nie Brus. Choć Brus tez starał się być nieruchomy. Bardzo wolno zaczął zagarniać końcówkę obiektu pod swój palec. Przesuwając nim, starał się nie zahaczyć pozostałych. Wielu, łącznie z Lazurem, pochyliło się nad stołem i wpatrywało w te poczynania. I wtedy poruszył się! Brus, nie patyczek. Choć patyczek też się ruszał, bo był już w zaciśniętej pięści, którą mężczyzna wymachiwał w powietrzu.

          – Ha! – wrzasnął Brus.

Wśród wiwatu, który rozległ się po całym pomieszczeniu, Lazur poderwał się z krzesła.

             – Liczymy! – wrzasnął. – To jeszcze nic pewnego! Tym udowodnił, że bierki to dla niego tylko głupia gra. Nie mógł wygrać tej rozgrywki, to było po prostu niemożliwe. Mogli sobie liczyć ile razy chcieli, ale za każdym razem zwycięstwo byłoby po stronie Edmunda Brusa. I całe szczęście. Dla Brusa. Nawet teraz ściskany przez gratulujący mu tłum nie wiedział jak mógł się dać wplątać w ten zakład. Co prawda jest najlepszym znanym mu graczem w bierki w tej części kontynentu i to właśnie przesadna pewność siebie doprowadziła do sytuacji, w której musiał ryzykować, by zdobyć ostatni trójząb. W przeciwnym razie nie tylko musiałby dołączyć do bandy Lazura, jako jego człowiek od brudnej roboty, ale także wystrzelać wszystkich, którzy ośmielili się dziś być w barze.

Odesłał przywódcę szajki spojrzeniem stwierdzającym „a nie mówiłem”, po czym przeszedł przez wciąż wiwatujący tłum i poprosił barmana o kieliszek wódki. Osuszył go jednym haustem i dał znak, że chce kolejny. A tłum niech świętuje. Dostali jeden dzień wolny od strachu. Jutro wszystko zacznie się od nowa, ale to już nie problem Brusa. On będzie miał kaca i mało co będzie go obchodziło.

Jutro miało jednak inne plany. Zgodnie z zapowiedzią Brus obudził się z kacem.

- Pieprzone ptaki nie dają mi spać. – wysapał pod nosem. Przeszedł w kwieciste wyklinanie. Zdziwiony, że jest w stanie ubierać swoją nienawiść do wróbelków w tak wyszukane metafory o tej godzinie i z takim bólem głowy, rozbudził się na tyle, że z głośnym westchnięciem zwlókł się z łóżka. Z ciężarem całego świata na swoich ramionach, brygadą remontowo budowlaną wyposażoną w wiertarki w głowie oraz sztormem w żołądku udał się do ubikacji. Nadepnął na suchą gałązkę i puścił kolejną wiązankę. Skąd tu ten badyl?! Ach tak! Moje kwiatuszki! Zgarnął wypłowiałą koszulę z oparcia krzesła i rozpoczął proces ubierania. Wyprostował gnaty, które zatrzeszczały. Z boku musiał wyglądać jak kamienny gigant budzący się do życia po milionach lat bezruchu, a który w połowie transformacji przygiął się z bólu. Z wykrzywioną twarzą dotarł do kibla i uniósł deskę. Nie bardzo wiedział na ile może ufać swojemu organizmowi. Nie chcąc ryzykować żadnej wpadki, usiadł a na udach ustawił sobie niewielką miskę. Przezorny, zawsze ubezpieczony!

Lekko ochlapał twarz wodą. Nie zdecydował się na golenie. Jeśli byłby gościem, który dba o wizerunek nie pracowałby w tym miejscu. Prawdopodobnie, nikt nie zwróciłby uwagi, nawet jeśli zjawiłby się na golasa, ale takich widoków sam wolał ludziom oszczędzić. Był mężczyzną w średnim wieku, kompletnie łysym (bo się goli na zero!). Miał okrągłą twarz, głęboko osadzone oczy i dużo zmarszczek. Nie miał nadwagi, całe życie był względnie szczupły i umięśniony. Teraz jednak, czas zrobił swoje i daleko mu do idealnego plażowego męskiego ciała. Brak obowiązku dbania o wygląd fizyczny był jednym z plusów jego pracy. A także fakt, że już dawno temu postanowił, że jest mu wszystko jedno.

Kilka odruchów wymiotnych wstrząsnęło jego ciałem. Poczuł okrutne pieczenie za mostkiem, aż na moment odcięło mu powietrze. Zacisnął zęby i zaczął rozcierać klatkę piersiową. Już wiedział, że to tylko kilka sekund i trzeba je przetrwać. Chyba, że to zawał, ale wtedy co ma się przejmować? I tak nic nie zrobi.

Wypełzł ze swojej nory, ubolewając nad życiem i nad upałem, który przywalił mu w twarz jak rozgrzana patelnia. Już nie wiedział czy przesadza czy tak jest naprawdę, ale wszystko go bolało. Zaciągnął się porannym powietrzem i za moment zakaszlał od ilości zapachu gnoju, jaki wciągnął.

Upał i gnój! No kurwa, ten dzień nie może stać się jeszcze piękniejszy!

Jak co dzień, w trybie autopilota ruszył w stronę postoju karawan. Minął stoisko spożywcze podwędzając kilka jabłek. Robił to codziennie, więc łysawy właściciel tylko skinął porozumiewawczo w jego kierunku. Łysi muszą trzymać się razem. Odpowiedział machnięciem ręki. Podgryzając owoc szedł wąską, brukowaną drogą, mijając rozklekotane chałupy i budynki gospodarcze. Przylegające do siebie zagrody oddzielały jedynie drewniane płoty. Nie zwracał uwagi na panujący dookoła poranny gwar; na szczekające psy, głośno dyskutujące kobiety, łażące luzem kurczaki, trzech panów, którzy pokrzykiwali na siebie ustawiając jakąś skomplikowaną konstrukcję z desek i tektury, na biegające bez określonego miejsca docelowego dzieciaki. Kiedyś zastanawiał się, czemu matki tak je swobodnie puszczają a później rozpaczają, kiedy dzieciak zaginie. Chciał wtedy puknąć się w głowę i zapytać „a pilnowałaś gówniarza? To czego teraz ryjesz?” Kilka razy nawet spytał, czym doprowadził matkę do większego płaczu a pozostałych do groźnego łypania w jego kierunku. Z wyrzutami sumienia, jako pierwszy brał udział w poszukiwaniach. Teraz było mu wszystko jedno. Nie zwracał uwagi na wylane mu tuż przed twarzą pomyje. Kiedyś próbował tłumaczyć, że warto się rozejrzeć czy nikt nie idzie drogą, zanim wymachnie się odpadkami tego, czym chata bogata. Że taka osoba nie mieszka sama na tej ulicy, ba, na jakiejkolwiek ulicy, i czasami warto wziąć pod uwagę to, co czują inni. Pytał taką osobę, jak ona by się czuła, gdyby ktoś z samego rana wylał jej wiadro moczu na głowę. I czy naprawdę trzeba to wszystko wylewać tu, którędy chodzą inni? Dowiadywał się wtedy, że jest bucem a każdy może wylewać co chce i gdzie chce a jak mu się nie podoba, to niech wraca skąd przybył. Teraz było mu wszystko jedno.

Za plecami usłyszał stukot nadjeżdżającego wozu. Stukot … To, co inni rozumieliby jako dudnienie, łomot czy rumor, w jego głowie brzmiało jak kompania rycerska w pełnym uzbrojeniu jadąca na motorach z wadliwymi tłumikami, rozrzucająca porcelanę po ceramicznych kafelkach. Ekipa remontowo budowlana, która wciąż kuła w jego mózgu, musiała uznać ich wyższość. Przewrócił oczami i masował skronie, kiedy wóz przejeżdżał obok niego. Poczuł lekkie uderzenie nad czołem. Szczerbaty gnojek, siedzący na przyczepie, rzucił w niego kamieniem a teraz szczerzył gębę. Brus uniósł powieki i łypnął. Wczoraj był ich bohaterem, dziś tak mu dziękują. Złapał swoją trójlufkę i wycelował w gówniarza. Uśmiechnął się widząc jak młody odskakuje w tył i mało nie wypada z wozu. Może się nauczy. Przestał tłumaczyć, teraz edukuje doświadczając!

W końcu dotarł na miejsce. Pod drewnianą wiatą i pobliskiej zagrodzie pełnej krów i wołów, toczyły się ostatnie przygotowania do podróży. Toboły były pakowane, trasa była omawiana, ceny ustalane a manierki napełniane. Spojrzał na stertę pakunków i aż mu się zrobiło szkoda zwierząt. Na autopilocie powitał współpracowników: dużego faceta o wyglądzie i inteligencji yeti, który zajmował się bydłem, nieco mniejszego o rubasznym wyrazie twarzy, którego starał się unikać jak ognia i nawet nie wiedział czym się zajmuje oraz wysuszonego na gnat alkoholika, któremu nawet on musiał ustąpić w kwestii spożywania ilości procentów na dzień. To właśnie on był zajęty napełnianiem manierek i Brus gotowy był oddać nerkę, że facet nie napełnia ich wodą. Nie będąc fanem upału i nie lubiąc polegać na kimś innym, z niewinną miną podwędził czyjś bidon i zaczerpnął wody z masywnej beczki. Na końcu przywitał brzuchatego jegomościa z sumiastym wąsem. Był to jego szef, Roman. Stary, niezniszczalny byk, którego najchętniej by udusił a bez którego nie wyobraża sobie dalszego funkcjonowania. Ten właśnie rozmawiał z jakimś młodym chłopakiem Twarz młokosa nie miała w sobie nic z łagodnych rysów ślicznego chłopca, ale też brakowało jej męskości. Rozczochrane włosy, płaski nos; wyglądał jak każdy jeden rolnik z tej okolicy. Wydawał się być mało inteligentny, ale bił od niego prostoduszny urok. Winnym tej sytuacji był pewnie radosny wyraz twarzy. Młody mógł mieć z dziewiętnaście lub dwadzieścia lat a wyglądał jak małe dziecko, które po raz pierwszy widzi coś fascynującego.

Pewnie kolejny koleś, który będzie teraz codziennie spacerował w towarzystwie bydła. Brus nie dbał o zapamiętywanie imion. Jako jeden z ochroniarzy szedł przed pochodem, z dala od wszelakich dyskusji. Tak długo, jak nikt się do niego nie odzywa, on jest szczęśliwym człowiekiem. Czasami nawet, specjalnie opowiadał karawaniarzom, że teren przez który podróżują jest wyjątkowo groźny i dla własnego bezpieczeństwa lepiej cały czas trzymać gębę na kłódkę. Teraz nawet nie musiał się wysilać. Miejscem docelowym było miasteczko położone trochę na północ od Nizina, bardzo blisko rozlewisk rzecznych, nie trudził się, by zapamiętać nazwę. Co oznaczało, że przez dużą część drogi będą podróżować wzdłuż skraju wielkiego lasu, który słynie z magicznych mocy.

Miejscowi wieśniacy uwielbiali opowiadać historie o tym lesie. Tereny za rzeką Nordą były owiane tajemnicą od wielu lat. Podobno w tamtejszych lasach grasowały demony a przebywanie w nim po zmroku zawsze skutkowało utratą zmysłów. Nie jeden już opowiadał, jak w trakcie nocnej przechadzki, czuł na sobie wzrok niewidzialnych istot a drzewa do niego mówiły. Brus zawsze kiwał głową na takie opowieści. Dwudziesty pierwszy wiek, a ludzie dalej wierzą w zabobony. Handlować z mieszkańcami tamtych terenów jednak te opowieści nikomu nie przeszkadzały. Przeciwnie. Skubańcy znaleźli sposób jak zarobić na swoim niefortunnym sąsiedztwie. Sprzedawali amulety i inne urządzenia ochronne. Noszenie takiego kawałka biżuterii miało chronić przed wpływem złych duchów i negatywnej energii. Brus przyglądał się jak, kobiety i mężczyźni, tłumnie kupują wisiorki, bransoletki, pierścionki, spinki do włosów, breloczki i inne pierdoły i załamywał ręce. Biżuteria była ładna, musiał to przyznać, ale wierzenie w jej cudowną moc przewyższało jego możliwości.

Teraz jednak zabobony były mu na rękę. Nawet czasami podejrzewał, że były one specjalnie rozgłaszane przez tamtejszych, by trzymać wszelaki zły element z dala od siebie (i zwiększać popyt na amulety). Dzięki temu mogli funkcjonować w miarę normalnie, bez strachu, że rozwrzeszczana banda łupieżców napadnie ich domostwa. Jednak, nic tak odstraszająco nie działa na półgłówka, jak potwornisty demon z wybałuszonymi oczami, najlepiej jeszcze pożerający dzieci i kontrolujący pogodę! Tradycyjnie, wyruszył jako pierwszy. Głównie dlatego, że rubaszny facet, którego nie lubił, gdzieś zapodział swój bidon i robił potworną aferę szukając go w tobołach pozostałych pracowników. Szedł skanując otoczenie. Dzisiejsza trasa nie powinna być wymagająca. Najpierw będą podróżować przez rozległe łąki i pastwiska, nie ma szans, by ktoś ich zaatakował. Poza tym pieprzonym żółtym  ogniem piekielnym na niebie. Później zbliżą się do szlaku koło nawiedzonego lasu. Na północy jest mało zamieszkałych osad. Jedno większe miasteczko do którego szli, a wcześniej kilka małych wioseczek, których mieszkańcy często handlowali z Nizinem. Nawet oni podróżowali bez ochrony. Ale to pewnie temu, że ich nie było na nią stać. Tym bardziej, że towar, który wieźli nie był wyjątkowo atrakcyjny. Wełna. Kilogramy wełny. W trakcie upału. Rabusiów ani gangów biegających samopas nie zakładał w swoich planach. Ewentualnie jakieś dzikie zwierzę. Albo nawiedzona starsza kobieta, która urwała się z wioseczki i rzuca klątwami na prawo i lewo.

Jeszcze możliwy był jakiś demon.

Ale w kwestii walki z demonami nie miał wiele doświadczenia, więc uznał, że będzie się martwił, jeśli naprawdę owego spotka. Ewentualnie, będzie liczył na cudowną pomoc tych amuletów, którymi poobwieszani byli jego towarzysze. A nuż, na coś się przydadzą. Amulety, nie towarzysze.

Szli drogą wzdłuż szerokiej łąki. Żółknąca zieleń, poprzetykana błękitem chabrów i purpurą bukwicy, ciągnęła się aż po horyzont. Na niebie nie było ani jednej chmury i Brus już czuł, jak pot płynie mu po plecach. A była dopiero ósma rano! Nostalgicznie patrzył na stojące w oddali, samotne drzewa i wyobrażał sobie, jak fantastycznie musi być w ich cieniu. Całe szczęście, przed południem powinni dotrzeć na skraj lasu i cienia będzie pod dostatkiem.

Brus odpłynął. Myślał o wczorajszym wydarzeniu. Czemu Lazur, tak znienacka wyzwał go na pojedynek. I to o taką stawkę? Pewnie się nudził, a Brus był jedną z niewielu osób w Nizinie, której jeszcze nie nastraszył. On też nieźle nastraszył dziś tego dzieciaka. Ale mu się należało! Już pomijając to, że wczoraj utemperował Lazura na kilka dni, to za sam fakt rzucania w przypadkowych ludzi kamieniami należy się porządny łomot. Tak o tym myśląc doszedł do wniosku, że łomot należy się również i rodzicom tego gnojka. Minęły czasy, kiedy winę za złe wychowanie można było zwalić na media. Teraz już nie ma mediów, a przynajmniej tutaj nie odbierają. Kto chce albo ma możliwość odpali sobie jakieś stary gramofon albo projektor filmów. Jak ktoś wciąż ma nośniki i odtwarzacze, to sobie i posłucha i obejrzy. Ale nic nowego nie jest nadawane! Telewizja i radio już nie istnieje. A przynajmniej tutaj nie odbiera.

Przypomniał sobie o niepilnowaniu dzieci i wylewaniu pomyj na ulicę. Od kogo on oczekuje wychowywania nowego pokolenia, skoro stare jest jakie jest? Przecież on nie wymaga, by każdy chodził i przepraszał, że istnieje, ale choć odrobiny poszanowania dla drugiego człowieka i jego istnienia. Czyż nie z tego powodu doszło do konfliktów ostatnim razem? Za każdym pieprzonym razem?! Prosty i biedny człowiek nie musi być prostakiem, przekonanym, że świat kręci się wokół niego!

Prychnął do swoich myśli.

Czego on oczekuje od tych ludzi? I tak w porównaniach wypadają o niebo lepiej od bogaczy zza muru. Tam to dopiero dzicz. Ci tutaj chociaż nie udają cywilizowanych.

Ludzi to chyba nic już dobrego nie czeka, skoro nawet ostatnie konflikty nie przyniosły spokoju. Wręcz przeciwnie.

- Przepraszam. – ktoś szturchał Brusa za rękaw koszuli. – Mogę o coś spytać?

Intruzem, który wszedł z butami w ciszę był ten sam młody chłopak, który wcześniej rozmawiał z Romanem. Z bliska jego twarz była jeszcze mniej inteligentna.

Widać, że nowy. Nie zna świętej zasady nie odzywania się do Brusa, póki Brus się sam nie odezwie.

- Czego?!

Młody wyszczerzył radośnie zęby.

- Bo pan tu jest od tych spraw militarno – bezpiecznych?

Brus by tak tego nie nazwał, ale musiał oddać, że zabrzmiało jakoś oficjalniej niż idący z przodu, pilnujący, by nas nie okradli.

- Tak. – Odkaszlnął. Nagle zauważył, że przestał się garbić i wciągnął brzuch. – W czym mogę pomóc? – zabrzmiał jak konsultant bankowy, który myśli, że będzie pomagał ludziom spełniać ich marzenia udzielając potrzebnych kredytów a tak naprawdę wydyma ich z pieniędzy i prawdopodobnie wpędzi w długi i wyśle na bruk. Szczery uśmiech zagościł na jego twarzy a przesadna słodycz w głosie.

Chociaż, jak tak przyjrzeć się młodemu, nie wygląda na aż takiego idiotę. Całkiem sympatyczny. Zadowolony. Nie narzeka z byle powodu. Miło zobaczyć młodą, pogodną twarz w tej karawanie starych pomarszczonych ramoli. Hej! Może dzieciak został zatrudniony do pomocy? Może pozbędziemy się tego o wyglądzie przestępcy seksualnego. I teraz Brus zostanie jego mentorem. Dzieciaka a nie przestępcy seksualnego. Przekaże całą wiedzę. Jak przeprowadzać bydło przez bagno, by jak najmniej muczało? Jak przyrządzać słoninę na wymyślne sposoby? Co zrobić, gdy zgubiło się na trasie i jak nie dać tego po sobie poznać w trakcie rozpaczliwego szukania właściwego szlaku? Jak przeczekać aż koledzy rozłożą posłania a później przyłożyć się na jednym z nich twierdząc, że to od zawsze było twoje miejsce i nie rozumie się powstałego zamieszania? Takie tam, podstawy …

- Bo wie pan. Mam taki problem. Bo … coś zrobiłem. I teraz chciałbym wiedzieć, czy aby przez to nie będę miał kłopotów.

- A co dokładnie zrobiłeś? – nie ma co tracić czasu!. Trzeba poznać swojego kadeta!

Młody przygryzł policzek i zacisnął usta, jakby zastanawiał się ile prawdy może wyjawić. W końcu otworzył szeroko oczy i kiwał głową, widocznie dochodząc do konsensusu.

- Zabrałem coś, co nie było moje. – wyszeptał z miną dziecka przyłapanego na podjadaniu ciastek przed obiadem.

Oho! To będzie ciekawe. Brus wypuścił powietrze i przygarbił się. Także tego z następcą i uczniem. Oto obok niego idzie złodziej. Roman to dupa a nie przedsiębiorca. On naprawdę uważa, że chronienie tych jego procesji przed rabusiami jest na tyle nudną pracą, że teraz musi zatrudniać złodzieja do pochodu! Bo co? Bo może w trakcie drogi nikt na nas nie napadnie, więc dla rozrywki jaki wewnętrzny sabotażyk? Psia mać jego, jak i jego rodzinę i wszystkie osoby, o których kiedykolwiek ciepło myślał!

Czując jak krew powoli zaczyna bulgotać w jego żyłach, czy ze złości czy z upału, to sprawa drugorzędna, Brus otworzył usta, gotowy na litanie bluzgów.

- To ja może opowiem po kolei. – oznajmił jego rozmówca ochoczo. Zdawał się w ogóle nie widzieć brusowego wzburzenia. – Ogólnie zaczęło się od tego, że wczoraj po raz pierwszy pozwolono mi przyjść tutaj, do miasta. To znaczy nie tyle pozwolono. Tylko dzień wcześniej Iwo połamał sobie nogę. A on był wyznaczony, żeby iść. Ale nie mógł. Wiadomo. – młody wbił wzrok w Brusa. Ten nie odpowiedział, słowa utknęły mu w gardle – Bo złamał nogę.

Brus nie wiedział co się dzieje i dokąd ta opowieść zmierza. Rozejrzał się dookoła wzrokiem czemu ten dzieciak mi o tym wszystkim opowiada i co ja tu w ogóle robię?. Z wielkim znakiem zapytania nad głową wrócił do słuchania.

- A, że byłem jedyną osobą do tej pory, która jeszcze nigdy nie brała udziału w handlu to musiałem iść. Bo widzi pan. U nas jest tak, że każdy musi przynajmniej raz wykonać jakieś zadanie. Jest taka cała lista zadań do zrobienia: handel, polowanie, rolnictwo … – wyliczał na palcach.

- Tak tak. Lista, polowanie. Rozumiem. Do rzeczy. – jakkolwiek dziwna nie była ta rozmowa, skoro już brał w niej udział, Brus chciał wiedzieć dokąd zmierza.

Młody pokiwał głową ze zrozumieniem. Zwilżył usta i westchnął. Przez chwilę nic nie mówił, ale jego twarz wyglądała, jakby przewijał część opowieści, do tego ważnego momentu.

- Pozwolono ci przyjść do miasta. – Brus zdecydował, że pomoże. Dzieciak znowu wyglądał mu na pół inteligenta.

- Tak!

- Okej. I co dalej?

- Jak przyjechaliśmy to wszyscy zaczęli się rozpakowywać i takie tam.

- Czekaj, czekaj! – Brus pomachał rękoma. – Skąd przyjechaliście?

- Z Hejma.

Jednej z wiosek na skraju lasu.

To oznacza, że młody nie jest raczej zatrudniony by tu pracować. Prawdopodobnie odprowadzali go do domu! Tylko czemu nie wrócił ze swoimi?

- I jak wszyscy poszli na rynek, moim zadaniem było, żebym został przy wozie, prawda? Siedziałem wiec sobie grzecznie, nikomu nie wadziłem,. Aż tu podeszło do mnie dwóch gości. Tacy trochę – zatrzymał się dumając – Ja to nie lubię tak oceniać po wyglądzie, ale oni na takich niekoniecznie dobrych wyglądali. Nawet nie to jak wyglądali, tylko, że bardziej w oczach mieli coś takiego co … W każdym razie, od razu czułem, że coś jest nie tak z nimi. Ale wie pan jak to jest – klepnął Brusa po ramieniu, jak stary znajomy a następnie rozłożył ręce – Co ja tam wiem?! Podeszli. Zaczęli mnie pytać skąd jestem i takie tam. A, że ja dobrze wychowany jestem, to im odpowiadałem. Powiedziałem, że z Hejma i że przyszliśmy tutaj pohandlować. I że wcześniej byliśmy już w Stoku to już trochę zarobiliśmy i teraz ja pilnuję tego, co zarobiliśmy i wozu.

Brus mentalnie ukrył twarz w dłoniach. Oficjalnie – jego rozmówca był idiotą.

- No i tak pogadaliśmy. Poszli sobie. Ale za jakiś czas jeden zaczął mnie wołać. Powiedziałem mu, że nie mogę oddalać się od wozu, ale powiedział, że ma problem. Pytam go jaki, a on, że trzeba mu pomóc przenieść kilka belek, bo będzie sobie werandę przerabiał. Pytam gdzie jego kolega? On, że kolega już tam czeka i że uznali, że we dwóch nie dadzą rady i pomyśleli, że skoro już tak z nimi się znam i siedzę, nic nie robię, to może bym im pomógł. To ja mówię, że bym pomógł, ale muszę tu czekać.

- Poszedłeś czy nie?!

Młody wygiął usta w podkuwkę.

- No tak. – przyznał smutno. – Chciałem pomóc!

- Nie przerabiał werandy, co?

Chłopak westchnął. Pokręcił głową przyznając się do porażki.

- Jak się pan pewnie domyśla – okradli mnie.

- Domyśliłem się.

 - Prosiłem ich, żeby mi oddali pieniądze. Nawet wyjaśniłem, że to mój pierwszy raz w dużym mieście. Że teraz wszyscy będą się ze mnie śmiać a Rado każe sprzątać oborę. I to przez cały tydzień! Ale oni nic, tylko się śmiali. Nie wiedziałem czy śmieją się ze mnie, czy ze mną, to śmiałem się razem z nimi. Bo mówiąc o tej oborze się trochę zaśmiałem, bo mi się przypomniało, jak …

- Do rzeczy!

- No to tak stoimy i się śmiejemy a tu nagle wyskoczyła na nich straż miejska. – potakiwał sam sobie kiwając głową. – I zaczyna ich gonić. Krzyk się zrobił potężny. Każdy na każdego wrzeszczał, coś pokazywał palcami. Nie bardzo wiedziałem co się dzieje. Nagle leci w moją stronę trzech wielkich gości uzbrojonych w pałki i noże. Tamci dwaj zaczęli uciekać. Zacząłem uciekać i ja.

Nie znam terenu to biegłem za nimi. Kurde, szybkie z nich chłopaki, ale ja też mam wygar. W końcu schowaliśmy się w jakiejś szopie. To znaczy – westchnął – oni się schowali. Bo jak mnie zobaczyli to zaczęli wrzeszczeć, że czego za nimi biegnę i mnie nie chcieli wpuścić.

Ale, że straż była już blisko, to jeden mnie złapał i trzymał, o tak– położył sobie dłoń na ustach. – I stoimy. Mi się śmiać chciało. Ale on mnie przyduszał. Silny był.

- Do. Rzeczy.

Młody rozejrzał się i wyszeptał konspiracyjnym tonem .

- Nie jestem pewny, ale chyba wtedy dołączyłem do gangu.

Brus zaśmiał się w duchu. Jednocześnie miał z dzieciaka ubaw i było mu go szkoda. Poczuł czyjś rękę na ramieniu. To Roman.

- Jak wygląda sytuacja tu z przodu?

Brus przełożył strzelbę z jednego ramienia na drugie.

- Jedynym zagrożeniem jakie może nas czekać to zostanie zagadanym na śmierć przez tego tutaj. – wskazał na chłopaka. Roman zaśmiał się.

- No właśnie! Dzieciak nadaje ci w ucho od paru dobrych minut i wciąż żyje?! Starzejesz się, czy jak?

Przedni żart, naczelniku!

Brus uśmiechnął się nieszczerze.

- Z jakiej okazji w ogóle on z nami idzie?

Roman założył ręce za siebie. Zniżył głos.

- Tylko dziś. O tym chciałem zagadać. – wychylił się zza Brusa i przybrał radosny ton – Niko! Idź zobacz co tam się dzieje na tyłach.

- Okej! – krzyknął chłopak radośnie. Odchodząc złapał Brusa za łokieć – Jak wrócę to opowiem dalej!

- Nie jest najbystrzejszym rodzynkiem w cieście. – podsumował Brus.

- Zdecydowanie. – Roman wrócił do poważnego odcienia. – Okradli go wczoraj. Nie wrócił ze swoimi do domu. Przyszedł do mnie dziś rano i pytał, która z karwan idzie na północ. Znasz mnie. Chciałem, ale nie umiałem skłamać. Durny jest, bo durny. Ale jakiś taki szczery w tej durnocie. Szkoda mi go było. To się zgodziłem. Dodatkowo, zna te tereny.

- Mi się nie musisz tłumaczyć. To twoja karawana. – na potrzeby tej rozmowy Brus kompletnie zignorował wszystkie miliony razy, kiedy brał Romana w krzyżowe ognie pytań i roztrząsanie każdego detalu. Jego szef przez chwilę nic nie mówił, tylko kręcił głową.

To był jasny sygnał, że chciał zrobić coś, co nie spodoba się Brusowi. Każda z tych milionowych kłótni tak się zaczynała. Szef nagle się Brusowi tłumaczy, Brus czuje, że rozmowa idzie w nieciekawym dla niego kierunku, próbuje uniknąć odpowiedzialności za to, o co za moment zostanie poproszony. Roman wtedy uderza w brusowe poczucie robienia tego co dobre. Brus się zgadza. Następnie żałuje i obiecuje sobie, że to ostatni raz! Że od teraz będzie mu wszystko jedno!

- Nie. – uprzedził całą rozmowę. – Nie zgadzam się.

Roman już otwierał usta.

- O cokolwiek byś mnie nie poprosił. Nie zgadzam się!  Nie zrobię tego. Nie i już!

- Półtora kilometra.

- Planeta, z której przybył na pewno jest dużo dalej.

- Edek!

Brus rozłożył ręce. – Przed nami długa droga, nie ma czasu na schodzenie ze szlaku!

- Jaka długa droga? Jak nie będziemy przeczekiwać upału, to zajdziemy tam dziś przed północą.

- A jak będziemy przeczekiwać i szwędać się byle gdzie, zajedziemy jutro wieczorem!

- Wieczorem jest chłodniej, więc może to i lepiej.

Zaraz go zastrzelę!

- Nie zostawię was bez ochrony! Wiesz ilu tu grasuje niebezpiecznych przestępców?! Chcesz ryzykować dla jakiegoś kmiota?

Największym wyzwaniem na tej trasie będzie nie wdepnąć w gówno.  Twoje słowa. Z wczoraj …

– Nie chciałem cię martwić, to wszystko. –  Brus przybrał niewinny ton, ale nawet sam siebie nie zdołał przekonać, do prawdziwości tych słów.

- A może – Roman się rozweselił, aż całe jego ciało zafalowało jak galareta – ty się po prostu boisz?

Brus wykrzywił usta i zmarszczył nos.

- Że niby czego? – spytał prowokująco. Roman wciąż był ubawiony.

- Że ci się coś stanie w tym lesie …

- Nie no człowieku! –żachnął się Brus – Kpisz sobie ze mnie?

- A tam wiadomo co w tym mózgu gorzała już narobiła …

- Co narobiła to narobiła, ale do bania się drzew jeszcze mi daleko.

- Jesteś tego pewny?

- Tak!

Żarty żartami, ale teraz Brus wkurzył się na poważnie. Nie jest przewodnikiem turystycznym ani niańką! Jest poważnych ochroniarzem! Może nie koniecznie poważnym, ale jest ochroniarzem, i nie będzie jakiegoś gówniarza złodzieja do domu odprowadzał. Szczególnie z powodu widzimisię tłustego balerona myślącego, że każdemu jednemu frajerowi należy się uwaga!

Roman złożył błagalnie ręce – Będziemy mieli już postój. Będzie już późno. Odprowadzisz go i wrócisz. Ile ci to zajmie? Poczekamy na ciebie! Jutro zaczniemy dzień później niż zwykle! Proszę!

- Nie!

- Proszę!

- Nie!

- Bruus!

No jasna by go …

- Ale ostatni raz! Ostatni!

Roman klasnął radośnie w dłonie.

*

Jeśli wierzyć wszystkiemu co powiedział Niko, zaraz po ucieczce od straży miejskiej, on i jego dwaj nowi koledzy udali się na zasłużone świętowanie. Najpierw jednak chłopak poszedł z nimi do czegoś, co z jego opisu wyglądało na siedzibę grupy. Tam zaczęli dzielić łup między sobą. Niko ustawił się w kolejce do podziału licząc, że i jemu coś się dostanie. Brus nie wierzył, że tak po prostu został wpuszczony do kryjówki gangu, ale Niko upierał się, że nie tylko tam wszedł, a nawet nikt go nie przegonił ani nie kwestionował jego obecności. Spędził z bandą cały dzień, udało mu się nawet załapać na obiad. Dobrze się bawił kompletnie zapominając o powrocie do domu. Jak się zorientował, to zrobiło mu się smutno, ale zaraz sobie przypomniał, że chwilę wcześniej wygrał konkurs na najdłuższe paznokcie u nóg wśród zgromadzonych, więc dzień nie był do końca stracony.

Trochę tylko się wystraszył, kiedy późnym wieczorem pojawił się taki nieprzyjemny facet. Duży, miał szerokie ramiona i łysą głowę. Ubrany w spodnie w kolorowe łaty i zieloną, ciasną koszulkę.

Lazur

Przyszedł. Okrutnie na coś zły i zaczął wszystkim rzucać. Krzyczał, że: (i tu Niko robił pauzy cenzurując przekleństwa) „Te pauza pauza kazały mu zatrzymać snajpera, więc nie dość, że pauza swoją umowę z Ruskimi, to jeszcze przegrał od pauza pieniędzy w te pauza bierki! Od razu pauza wiedział, że tak będzie, ale pauza pauza myślą, że im wszystko pauza wolno!”

Ktoś kazał mu MNIE zatrzymać? To stąd ten wczorajszy, nagły pojedynek? Jaka umowa? Z TYMI Ruskimi? Niemożliwe! I kto myśli, że wszystko mu wolno?

I przed czym miał mnie zatrzymywać?

Dalej Niko nie słyszał, bo kiedy straszny pan zaczął okładać jednego z jego nowych kolegów, Niko i drugi kolega uciekli, by i im się nie oberwało.

Włóczyli się po nocy, a że Niko nie zna miasta, to musiał coś źle skręcić i kompletnie zgubił swojego towarzysza, wychodząc gdzieś na obrzeża Nizina. Był zmęczony, więc darował sobie szukanie, tylko przyłożył się obok grupy śpiących wśród siana ludzi i też zasnął. Rano obudził go straszny smród. Wtedy odkrył, że towarzysze wśród których spał to porzucone zwłoki.

Co tam się wczoraj działo? I nikt nic nie słyszał?

Obok jednego z ciał Niko zobaczył kilka monet. Pomyślał wtedy, że ma dużo szczęścia. On przecież potrzebował pieniędzy, a martwej osobie już się nie przydadzą. Zebrał więc monety i ruszył w kierunku postoju karawan. Ale zanim tam doszedł, zawrócił się i oddał martwemu wszystkie jego monety.

- I tutaj pojawia się moje pytanie, które chciałem zadać. – wytłumaczył z głośnym wydechem, jakby wyrzucił z siebie ogromny sekret. – Czy w takiej sytuacji jak ja zachowałby się pan tak samo?

Brus zmarszczył brwi. Całe to opowiadanie niestworzonych historii, by spytać czy okradłbym trupa?  O co tu chodzi? Kim jest ten dzieciak?!

- Bo widzi pan – Niko najwyraźniej zadaje pytania a później sam na nie odpowiada – Bo tak pomyślałem, że jeśli zabiorę martwemu jego pieniądze, to przecież jego duch może mnie za to ścigać, nie? Mam rację? Jak pan myśli? Mam? Czy nie?

W tym momencie Brusa bolała już nie tylko głowa ale nogi, ręce i dół pleców. Odstawić dzieciaka do domu! Do jemu podobnych wierzących w duchy! I nigdy więcej nie zapuszczać się w te tereny!

Roman, jak ja cię nienawidzę

Jedno przemyślenie nt. „Outsider (nie ważny) Rozdział 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>