Naissant roz 14. Karmazynowy flaming

Serce zabiło mu szybciej, kiedy znalazł to, czego szukał. Widział go kilka lat wcześniej – od tego czasu chłopak nic się zmienił. Na twarzy był wciąż taki sam: chłopczykowata uroda, błysk w oku i niepokorny uśmiech. Stał przy barze, oparty łokciami o blat przyglądał się tańczącej na podwyższeniu kobiecie.

Mun poczuł jak skacze mu ciśnienie. Oto był on – Chenti. Człowiek, którego szukał. Którego kiedyś, nieostrożnie, podziwiał, a którego żywot dziś planował skończyć. Wiedział jednak, że jeśli popełni choć jeden drobny błąd, to on pierwszy będzie gryzł ziemię. Z tym chłopakiem nie ma żartów; on się niczego nie boi, bo nie ma nic do stracenia. Jest nieśmiertelny.

Przyglądał mu się z odległości pokoju. Wcześniej przechadzał się po mieście, nasłuchując jakichkolwiek wzmianek o Chentim. Bał się zapytać o niego publicznie, gdyż mogło to ściągnąć na niego niepotrzebne podejrzenia. Odwiedzał miejsca, w których najprawdopodobniej, według niego, mógł przebywać Chenti i w taki sposób dotarł do klubu ze striptizem. Wszedł i będąc jeszcze w progu zobaczył chłopaka.

Pomieszczenie, w którym się znajdowali było przestronne. Panował w nim mrok rozświetlany blado jarzącymi się neonami. Najwięcej było ich nad barem. Poza tym, sznur kolorowych świateł okalał każdy z podestów, na których tańczyły striptizerki. Dookoła tych podiów stały krzesełka, co do jednego wypełnione widzami obojga płci. Pod ścianami stały czarne lub czerwone kanapy i niskie stoliki. Część z nich była zajęta przez pary, które sądząc po poziomie zainteresowania wzajemnymi ciałami, niedługo będą udawać się do pokoi znajdujących się na wyższym piętrze. Kilka osób stało przy barze i zamawiało szklanki wypełnione brązową breją, do których barman dosypywał garści piachu – w taki sposób płyn nabierał działania podobnego do alkoholu.

Mun stanął przy barze, na drugim jego końcu niż Chenti i przyglądał się chłopakowi.

„Wygląda tak niepozornie.”

Pokiwał głową.

Żeby nie wzbudzać podejrzeń zamówił szklankę napoju i odwrócił się, by pooglądać show. Zbyt puszysta jak na striptizerkę, kobieta, odziana w bardzo skąpy, skórzany strój policjantki, wywijała przy rurze a każdemu z jej ruchów towarzyszył głośny ryk aprobaty osób siedzących tuż przy jej podium.

Tę scenę Mun odgrywał w swojej głowie wiele razy – szczególnie ostatnimi dniami. W myślach przetestował multum dialogów z Chentim, ale żaden go nie satysfakcjonował. Ani razu nie przekonał sam siebie, co do szczerości zamiarów, jakie chciał sprzedać Chentiemu, więc nawet nie liczył, że chłopak je kupi. Teraz, mając go na wyciągnięcie ręki musiał wybrać ten jeden; ten najbardziej przyciągający uwagę.

Gdzieś z tyłu głowy dudniły mu słowa usłyszane poprzedniego wieczora.

„… to demon” – słyszał głos Rayosa. – „Upiór” – wcinał się Gotus. –„Jego oczy – widzi nimi na wskroś!”

Mun otrząsnął się z tych myśli robiąc duży łyk piekącego napoju. Przełykając gorzki płyn poczuł jak w środku robi mu się coraz cieplej.

Spojrzał na Gaela. Z tej odległości nie wydawał się być upiorem tylko zwykłym młodym chłopakiem oglądającym niezbyt atrakcyjną striptizerkę przy pracy.

Mun przyglądał mu się teraz, praktycznie nie odwracając od niego wzroku. Zbierał w sobie odwagę, szukając najlepszego z możliwych, tekstu.

„Muszę go zainteresować, sprawić, żeby chciał ze mną porozmawiać.” – powtarzał, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.

Nerwowo odwrócił wzrok, kiedy Gael spojrzał prosto na niego. Skierował oczy na duży neon w kształcie nieznanego mu, różowo – czerwonego ptaka stojącego na jednej nodze i wstrzymał oddech.

Sekundy zamieniły się w minuty. Mun nie wiedział czy Chenti wciąż na niego patrzy, czy wrócił do oglądania show. Delikatnie, samymi źrenicami, zaczął zerkać w bok i serce mu stanęło.

Oto obok niego, tuż przy barze stał chłopak, z którym chciał się sprzymierzyć. Oparty plecami o blat patrzył na tańczącą kobietę. Czując, że Mun się poruszył odwrócił się w jego stronę.

„Nie schylam się po mydło.” – powiedział.

Mun nie zrozumiał tej przenośni i było to widać po wyrazie jego twarzy. Gael zaśmiał się:

„Nie gustuję w mężczyznach.”

„Ja też nie!” – odparł Mun zdziwiony.

„To, czemu przyglądasz mi się od momentu wejścia do klubu?” – spytał Chenti zawadiacko.

Nadszedł ten moment. Mun musiał coś powiedzieć.

„Wyglądasz znajomo” – to było pierwsze, co przyszło mu do głowy.

Gael przypatrywał się mu się, ale ciężko było cokolwiek wyczytać z jego twarzy. Usta miał wykrzywione w aroganckim uśmiechu; wzrokiem lustrował twarz Muna.

Mężczyzna spojrzał w jego oczy. Na początek wydawały się być normalne, tylko lekko przekrwione. Jednak z czasem zaczynał zauważać panujący w nich mrok. Praktycznie nieruchome źrenice, przyglądające mu się bardzo uważnie zdawały się powiększać, póki nie zakryły całej powierzchni gałki ocznej. A przynajmniej tak się Munowi wydawało, gdyż, kiedy mrugnął znów wyglądały normalnie, ale były zastygłe. Niepokojąco niezmienne i szkliste, jak gdyby miały za moment wypłynąć. Patrząc w nie Mun miał wrażenie, że widzi odbicie samego siebie, ale zupełnie wykrzywione. Zdawało mu się, że wszystkie jego najgorsze cechy nabierały kształtów i ucieleśniały się w postaci tego odbicia. Zaczęło nachodzić go uczucie, że mógłby teraz robić wszystko. Nie trzymać się żadnych zasad, nie mieć obowiązków. Poczuł zapach krwi. Spojrzenie Chentiego było wręcz hipnotyzujące i podniecające. Powodowało narastającą ekscytację, jak narkotyk, który uwalnia człowieka z wszelakich barier i zahamowań. Mroczne, dzikie i zwierzęce; wciągało Muna coraz bardziej, z każdą sekundą, kiedy w nie patrzył.

„Tęsknię za ziemskim alkoholem” – powiedział w końcu Chenti odwracając się w stronę krzyczących mężczyzn.

„Żyłeś na ziemi?” – spytał Mun, otrząsając się z uczuć, jakie wezbrały w nim przed chwilą.

Chenti pokiwał głową.

„Ja nie. Urodziłem się tu.”

„Niewiele tracisz. Tam jest dość podobnie.”

„Dawno zmarłeś?”

Chenti wzruszył ramionami.

„Mogę spytać jak?” – zaryzykował Mun. Gael odwrócił się przodem do baru. Oparł się o blat i nachylił w stronę swojego rozmówcy. Popatrzył mu głęboko w oczy wzrokiem tak przeszywającym i upartym, że Mun poczuł jak maleje.

„Rzuciłem się z wieżowca.” – usłyszał w odpowiedzi.

Słysząc te słowa Mun automatycznie zobaczył w wyobrazi roztrzaskane na chodniku ciała Chentiego i Clementii. Starał się nie reagować, że ale Gael wciąż świdrował go wzrokiem. Patrzył mu prosto w źrenice, praktycznie nie mrugając.

„Wiem, kim jesteś!” – zdawał się mówić jego rozbawiony wzrok. Przynajmniej tak się Munowi wydawało. Zacisnął szczękę w napięciu, i zaczął oczekiwać śmiertelnego ciosu. Zamiast tego Chenti oderwał od niego wzrok i oznajmił:

„Ziemia a piekło – mało różnic. Osobiście, tęsknię tylko za czekoladą.”

Z Muna zeszło napięcie. Wziął głęboki oddech. Nie zdążył nic powiedzieć, gdyż Chenti kontynuował.

„Ale trudno, żeby było tu inaczej, skoro ci sami ludzie tworzą obie rzeczywistości.”

Mun pomyślał, że dobrym pomysłem będzie teraz zamówić dwie szklanki napoju. Zrobił to i jedno z naczyń podał Chentiemu.

„Jak to mówią: chcesz zmienić świat – zacznij od siebie.” – podniósł kieliszek do góry a następnie wypił zawartość jednym haustem. Chenti nie tknął swojego napoju, trzymając szklankę w dłoni zaśmiał się:

„Teraz cytujesz Michaela Jacksona?” [1]

„Kogo?”

Gael nie odezwał się.

„Słuchaj …” – zaczął Mun po pewnym czasie –„ Mam na imię Loar …” – Gael uniósł głowę i uśmiechnął się szerzej.

W tym momencie Mun kompletnie się zaciął. Jego mózg był jak biała kartka. Gdyby nie przygotowane wcześniej fałszywe imię, prawdopodobnie teraz zapomniałby jak brzmi jego prawdziwe.

„Jestem Chenti. Tak. TEN Chenti.” – rzekł Gael bezceremonialnie, nawet nie patrząc w stronę Muna. –„Zaryzykujesz bycie moim wspólnikiem?” – dopiero teraz zwrócił wzrok na stojącego obok niego mężczyznę.

Ten nie mógł uwierzyć własnym uszom. Lekko opadła mu szczęka.

„Czyżby Herox nie kłamał mówiąc, że Chenti sam sobie wybiera współpracowników i że znajdę go, jeśli on tego zechce?” – pomyślał.

Chłopak wciąż patrzył na niego pytająco.

„Jeśli nie chcesz to luzik. Znajdę kogoś innego, ale obecnie potrzebny mi taki kafar jak ty. Umiesz się bić?” – spytał.

Mun pokiwał nieprzytomnie głową.

„Nie boisz się Orkusa?”

„Nie.”

„Wiesz w ogóle kto to?”

„Wiem.”

„W naszej spółce to ja jestem szefem. Robisz wszystko co ci powiem i nigdy nie kwestionujesz moich poleceń. Jesteś na każde moje skinienie. Zabijasz, jeśli cię o to poproszę. Nigdy nie masz obiekcji. Praktycznie – jesteś moją marionetką. Pasuje?”

Mun nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Poszło tak łatwo! Nigdy by się tego nie spodziewał.

Pokiwał twierdząco głową i uśmiechnął się. Chenti odwzajemnił uśmiech i wyciągnął w jego kierunku rękę.

„Wspólnicy?”

„Wspólnicy.” – Mun uścisnął dłoń chłopaka i poklepał go po ramieniu.

„Nie rob tak.” – skwitował Gael.

„Jasne. Przepraszam.”

Żaden z nich nie zauważył kiedy do klubu weszła dziewczyna o długich do pasa włosach. Widząc stojących przy barze Muna i jakiegoś chłopaka zatrzymała się na chwilę. Podeszła kilka kroków do przodu i stanęła za siedzącymi dookoła podium striptizerki widzami. Obserwowała dwóch rozmawiających koło baru mężczyzn i po zachowaniu tego, którego znała zrozumiała, że drugim z nich był słynny Chenti.

„Fajny z niego chłopak.” – pomyślała, ale za moment zrugała się za tę konkluzję. Nie wiedziała w jaki sposób zwrócić na siebie uwagę Muna. Chciała jak najszybciej powiedzieć mu, że Chenti go zna i prawdopodobnie nie wierzy w żadne wypowiadane przez niego słowo. Poprawiła ubranie (krótką, dżinsową spódniczkę i obcisły top bez rękawów) i podeszła do baru.

Kiedy Mun ją zobaczył natychmiast spoważniał. Popatrzył dziewczynie głęboko w oczy i pokiwał głową.

„Nie rób nic głupiego!” – wysyłał telepatycznie wiadomość licząc, że usłyszy. –„Nie odzywaj się do niego!”

Dziewczyna zupełnie go zignorowała. Oparła się o blat i chrząknęła. Gael zauważył ją już, jak szła w ich stronę. Obrzucił ją wzrokiem i uśmiechnął uroczo, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Rewanżowała się tym samym.

„Wybacz.” – rzucił Gael do Muna i przysunął się bliżej nowej towarzyszki.

„Chenti.” – przedstawił się.

„Sirya.” – odpowiedziała podając mu dłoń, którą szarmancko pocałował.

Za moment wdali się w jakąś nastrojową dyskusję. Mun tylko obserwował jak z każdym ułamkiem sekundy ich ciała zbliżały się, by w końcu ciasno do siebie przylec. Flirtowali teraz pełną parą szepcąc sobie wzajemnie na uszy słowa, których Mun nie mógł usłyszeć. I nie chciał. Wzbierały w nim gniew i zazdrość, kiedy obserwował Siryę w objęciach Chentiego. Zacisnął mocno szczękę i głośno łapał oddech. Kiedy, znad ramienia Gaela, oczy Siryi padały na niego wciąż kiwał błagalnie głową, wymuszając na niej jak najszybszą ucieczkę z klubu. Ona jednak karciła go spojrzeniem i wracała do podrywania Gaela.

W końcu, patrząc na niego kokieteryjnie pokiwała twierdząco głową. Chłopak skinął na barmana, który natychmiast rzucił mu klucze. Złapał je i znów szepnął coś Siryi na ucho. Zaśmiała się zalotnie i wzięła go za rękę. Spojrzała na zesztywniałego ze złości Muna.

„Uciekaj. Odwrócę jego uwagę.” – krzyczał jej wzrok.

Gael podążył za jej wzrokiem i również spojrzał na Muna. Wrócił wzrokiem na dziewczynę i zrobił minę jakby wpadł na świetny pomysł. Popatrzył na Syrię i wskazał głową drzwi za barem. Kiedy oboje ruszyli w ich stronę, odwrócił się i krzyknął do Muna:

„Idziesz?”

Cała trójka weszła do niewielkiego pokoju znajdującego się na piętrze. Sufit, kiedyś był pewnie pomalowany na biało, ale z czasem musiały odpaść od niego płaty farby odsłaniając goły beton. Ściany były bladoróżowe. Na środku pomieszczenia, tuż naprzeciwko drzwi stało dwuosobowe łóżko nakryte pościelą ze średniej jakości materiału. Po prawej stronie, pod ścianą stała solidna, drewniana szafa, a obok niej biurko, z dwoma szufladami pod pulpitem. Nad biurkiem było niewielkie, kwadratowe, niczym nieosłonięte okno. Na lewo, obok łóżka stała szafka nocna, na niej lampa naftowa w kształcie tulipana, a pod ścianą, ozdobioną obrazem przedstawiającym różowego ptaka o zakręconym dziobie, stało krzesło, na którym wisiały jakieś łachmany.

„Czarująco.” – podsumował ironicznie Gael rozglądając się po pokoju. Syria weszła pierwsza i od razu usiadła na skraju łóżka. Ostatni zjawił się Mun. Zamknął za sobą drzwi, ale nie ruszył się ani kroku w głąb pomieszczenia.

Syria wsunęła się na łóżko i oparła ciało na łokciach. Gael stanął naprzeciw niej i zdjął kurtkę. Dziewczyna usiadła i łapiąc go za pasek spodni przysunęła bliżej siebie. Oboje zaśmiali się. Mun wciąż stał przy drzwiach i ciężko przełykał ślinę. Patrzył jak Chenti bierze Syrię za włosy i lekko odchyla jej głowę w tył; nachyla się i szepcze jej coś do ucha. Dziewczyna zachichotała. Gael wyprostował się i obszedł łóżko. Wszedł na nie i kucnął tuż za plecami dziewczyny.

Syria popatrzyła Munowi w oczy. On nie spuszczał z niej wzroku. Nie bardzo wiedział, czemu Chenti zaprosił go na górę. Oddychał ciężko i wpatrując się w oczy Siryi próbował ignorować to, co robił Chenti. A ten, całował jej szyję, jedną ręką wędrując po całym ciele.

Oderwał się od dziewczyny i zaśmiał.

„Coś taki spięty?” – spytał rozbawiony.

Mun nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

„Chyba wiesz skąd się biorą dzieci, co?” – zakpił Chenti.

„Wiem.” – padła sucha odpowiedź.

„Powinien nas zostawić, tylko zepsuje zabawę.” – zasugerowała Sirya, i dłonią dotknęła twarzy Gaela.

Ten, odepchnął jej rękę i wstał z łóżka.

„Nie, mam lepszy pomysł.” – rzucił wesoło. Nie odrywając wzroku od Muna podszedł do niego i chwilę patrzył mu prosto w oczy swoim świdrującym spojrzeniem. Po chwili minął go i oparł się plecami o drzwi wejściowe.

Mun i Syria wymienili zdziwione spojrzenia.

„Zrób to.” – usłyszał Mun zza pleców. Odchylił się i spojrzał na Gaela.

Chłopak na zmianę obserwował jego i siedzącą na łóżku dziewczynę. Twarz promieniała mu od zuchwałego uśmiechu.

„Ale tak, przy tobie?’ – spytał skołowany Mun.

„Tak, Chcę popatrzeć.” – zarozumiałość w głosie Gaela doprowadzała Muna do wrzenia.

„Chodź.” – Syria wyciągnęła w jego kierunku rękę. –„Chce zobaczyć show, to mu je damy.”

Mun stał nieruchomo. Nie wierzył w to, co słyszy. Przełknął głośno ślinę.

„No! Na co czekasz?” – ponaglił go Gael. –„Zrób to … Zabij ją.”

Czas stanął w miejscu. Mun i Syria popatrzyli na siebie. Na twarzy dziewczyny wymalował się strach.

Mun zaśmiał się nerwowo. Uniósł puste dłonie:

„Czym? Mam skręcić jej kark?”

„W szafie jest strzelba, a w biurku kolekcja noży. Do wyboru, do koloru.” – został poinformowany.

Miał wrażenie, że za moment serce wyskoczy mu z piersi. Wciąż stał nieruchomo.

„Hej! Chcesz być moim wspólnikiem, tak?” – zapytał Chenti. –„Mówiłem, że masz robić wszystko, co ci każę. Więc …” – wskazał ręką Syrię.

„Ale to tylko jakaś dziewczyna. Po co ją zabijać?”

„Pracując ze mną musisz pamiętać, że mnie ciągle ktoś chce zabić.” – zaczął Gael dalej stojąc oparty o drzwi. –„Wiesz, ile razy zostałem zadźgany w nocy przez takie panienki jak ona? Zbyt wiele. Więc udowodnij mi teraz, że mogę ci ufać.”

Mun nic nie powiedział. Stał skamieniały jak posąg nie wiedząc, co robić. Sirya również siedziała nieruchomo na łóżku, obserwując ich obu. Oddychała ciężko próbując znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.

Usłyszeli pukanie. Mun wstrzymał oddech, licząc, że nadeszło wybawienie.

„To ja.” – zabrzmiał głos za drzwiami. Gael uśmiechnął się i przekręcił klamkę.

Do pokoju wsunął się mężczyzna o rozbieganym wzroku i triumfalnie spojrzał na Muna. Syria cicho jęknęła. Nowoprzybyły mężczyzna szepnął Chentiemu coś na ucho. Chłopak uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu

„Strzelba jest w szafie.” – powiedział mu cicho, po czym popatrzył na Muna.

„Odmawiasz?”

Mężczyzna nic nie powiedział, tylko podążył wzrokiem za rozczochranym przybyszem, który minął go i otworzył szafę. Załadował strzelbę i wymierzył ją prosto w Siryę.

„Witaj maleńka.” – zachrypiał w stronę dziewczyny.

„Mun.” – głos Chentiego był spokojny.

Na dźwięk swojego imienia Mun zesztywniał jeszcze bardziej i zacisnął mocno pięści.

Gael podszedł blisko niego i popatrzył mu w oczy.

„To było bardzo niemądre.” – cmoknął. –~„Wysyłanie za mną swoich najemników. Porywanie biednego Heroxa. A w końcu cała ta szopka.”

„Wypuść ją. I zwolnij Heroxa. Załatwimy to między sobą.” – zaproponował Mun. W tym momencie wiedział, że musi przestać grać i zacząć podejmować zdecydowane kroki. Zależało mu na tym, by Sirya znalazła się w bezpiecznym miejscu. A swoje szanse w bójce z Chentim oceniał na wysokie. Chłopak był od niego niższy o głowę i sporo chudszy. Nie mógł być silny.

Gael pokiwał głową.

„I co zrobisz? Zabijesz mnie?” – zadrwił. Mun nic nie powiedział. –„Nawet jeśli – wiesz, że wrócę. Jesteś gotowy żyć wiedząc, że ciąży nad tobą gniew upiora?”

„Załatwmy to jak mężczyźni.” – syknął Mun.

Herox i Gael wybuchli śmiechem.

„Czyli jak? Próbując udawać kogoś kim nie jesteśmy?” – Chenti wciąż stał blisko Muna i wodził wzrokiem po jego twarzy. W pewnym momencie odsunął się i znów oparł plecami o drzwi.

„Widzisz, drogi kolego. Sprawa wygląda tak, że nie przepadam za ludźmi, którzy próbują zwodzić mnie, tylko po to, by poznać sekret nieśmiertelności. Zwykle odbieram takim osobom życie. Ale z tobą zrobię wyjątek. Wiesz, czemu?”

Mun nic nie powiedział.

„Bo cię lubię.” – Chenti uśmiechnął się uroczo. –„Muszę przyznać, że zaimponowałeś mi knując tę mała intrygę. Nie spodziewałem się po tobie takiej odwagi. Nie odbiorę ci życia. Odbiorę ci coś innego.”

Skinął na Heroxa.

„Wstawaj!” – ten krzyknął w stronę Siryi. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie.

„A teraz grzecznie wyjdziemy na zewnątrz.” – zaproponował Gael otwierając drzwi.

„Panie przodem.”

Wyszli przed klub i stali na pustej ulicy. Dookoła nie było żywej duszy, jakby wszyscy pochowali się z dala od miejsca, w którym przebywał Chenti. Słońce powoli zaczynało wychylać się zza horyzontu zwiastując kolejny, piękny dzień. Herox wciąż celował w Siryę.

„Jeśli zrobisz coś głupiego, on ją zabije.” – objaśnił Munowi Gael.

Dziewczyna stała między nim a Heroxem. Mun naprzeciw nich.

„Sytuacja wygląda tak. Musisz wybrać.” – odezwał się Chenti. –„Puścimy ją wolno. Wystarczy, że powiesz słowo, a ty i twoja … dziewczyna, jak mniemam … odejdziecie razem w stronę, cóż, wschodzącego, słońca. Ja natomiast wrócę do swojej kryjówki, gdzie już teraz oczekuje mnie twoja siostrzyczka …”

Mun napiął mięśnie i chciał ruszyć na Gaela z pięściami, ale Herox wycelował w niego strzelbę. Zatrzymał się i roztrzęsiony spojrzał na Chentiego.

„Kłamiesz!” – krzyknął.

„O nie. Herox, jak tylko przyszedł, poinformował mnie, że twoja droga Neith jest już gościem w moich skromnych progach. Prawdopodobnie jest związana, zakneblowana i niezbyt z tego zadowolona …”

„I bardzo przestraszona.” – dorzucił Herox szczerząc zęby do Muna.

„Albo … ja zabiorę ze sobą tę dzierlatkę, a ty, jeszcze przed zachodem spotkasz Neith w tym waszym barze. Jak będzie? Siostra? Czy dziewczyna?”

„Przysięgam – zabiję cię!” – syknął Mun.

Gael zaśmiał się.

„Tak, tak. Powiedz mi coś, czego jeszcze nie słyszałem.”

„Mun.” – pisnęła Sirya. –„Pójdę z nimi.”

„Nie!” – wrzasnął mężczyzna.

„Inaczej on zabije Neith.” – jej głos był błagalny.

„Wiec wolisz, by zabił ciebie?” – zachrypiał Mun.

„Nie zabiję jej …” – wtrącił się Gael. –„… przynajmniej, nie od razu.” – dodał po cichu.

W oczach Siryi zaczęły zbierać się łzy.

„Strzelać?” – spytał Herox. Gael pokiwał przecząco głową.

„Mun. Decyzja. Szybko! Nie mam dla ciebie całego dnia.”

Mun stał nieruchomo, zaciskając mocno pięści i patrząc na Siryę.

„Jeśli wybiorę ją mogę śledzić Chentiego i uwolnić też Neith.” – pomyślał. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko kiedy łapczywie łapał powietrze.

„Dobra, nudzi mnie to.” – oznajmił Chenti nie kryjąc zirytowania. –„Chciałem być uprzejmy i dać ci wybrać, ale widzę, że masz jakąś zaćmę umysłową!” – skinął na Heroxa. Ten odepchnął Syrię w stronę Muna. Dziewczyna wpadła w jego ramiona i dopiero wtedy zaczęła płakać. Podniosła oczy zauważając, że teraz Herox celował w ich oboje.

„To nie było takie trudne, co?” – zadrwił Gael. –„Moje uszanowanie.” – skłonił się lekko. Odwrócił na pięcie i ruszył przed siebie. Herox odczekał chwilę i podążył za nim. Szedł jednak tyłem nie spuszczając wzroku z Muna i Siryi i wciąż mierząc do nich ze strzelby.

Kobieta i mężczyzna stali objęci i patrzyli jak Chenti i Herox odchodzą pustą ulicą. Za moment ten pierwszy zniknął za budynkiem.

Mun objął mocno Syrię, która rozpłakała się teraz na dobre.

„Przepraszam.” – łkała. –„Przepraszam, ale on cię znał. Musiałam jakoś cię ostrzec.”

„Ciii, nic się nie stało.’ – pocieszył ją Mun.

Odsunęła się od niego i wytarła oczy.

„Nic się nie stało?! Neith jest w szponach Chentiego! Wiesz co to oznacza?!” – krzyknęła.

Mun był nad wyraz spokojny.

„Przecież powiedział, ze nie chce jej zabić …”

„I ty mu ufasz?! Chodź! Trzeba go śledzić.” – ponagliła dziewczyna. Z każdym słowem robiła krok w stronę, w którą udali się Chenti i Herox.

„Wiem, ale nie ty! Idź po Gotusa i Rayosa i przyślij ich tu. Jakoś mnie znajdą. I uwolnimy Neith. Oni już raz załatwili tę dwójkę. Teraz im pomogę.” – mówił Mun nie ruszając się z miejsca.

„Nie! Nie zostawię cie! Musimy za nimi iść! Teraz!” – Sirya darła się w niebogłosy.

„Sirya!” – usłyszeli krzyk w oddali. Oboje odwrócili się i zobaczyli biegnącego w ich kierunku Gotusa. Mężczyzna zbliżał się bardzo szybko i wymachiwał rękoma.

„Sirya, schowaj się! Padnij!” – wrzeszczał mężczyzna. Mun zdziwiony tymi okrzykami zaczął rozglądać się po otoczeniu. Zwrócił głowę w stronę, w którą odszedł Chenti. Tuż przed budynkiem, za którym zniknął, stał Herox.

Powietrze przeszył głośny huk, a zaraz za nim podążył donośny śmiech Heroxa. Sirya nie zdążyła się nawet odwrócić, by zobaczyć skąd dochodzą te hałasy. Dwa razy potężne uderzenia zatrzęsły jej ciałem, a następnie upadła bezwładnie na ziemię. Gotus i Mun słysząc strzały skulili się. Kiedy wszystko ucichło obaj podnieśli głowy.

Mun był bliżej dziewczyny, więc pierwszy do niej dobiegł. Opadł na kolana i podniósł jej ciało, które praktycznie przelało mu się przez ręce. W plecach i w głowie dziewczyny były dwie, duże dziury, z których sączyła się krew. Jej twarz była spokojna, łzy zaczynały już zasychać na policzkach. Miała otwarte oczy, ale nie było w nich życia.

Mun przytulił ją mocno i opadł głowę na jej piersiach. Gotus widząc tę scenę zatrzymał się w pół kroku.

„Nie, nie, nie, nie …” – powtarzał jak zacięta płyta gramofonowa. Podszedł do Muna, obiema dłońmi złapał go za koszulę i podniósł z klęczek. Ciało Siryi wysunęło się z rąk mężczyzny i opadło na ziemię. Mun odwrócił się, ale za moment poczuł piekący ból kości policzkowej, kiedy Gotus uderzył go potężnie pięścią w twarz.

Teraz on uklęknął koło dziewczyny i wziął do rąk jej ciało. Mun stał nad nim rozcierając policzek.

„To twoja wina!” – usłyszał.

Wiedział o tym. Nie poruszał się. Nic nie powiedział. Patrząc tępo w jakiś bliżej nieokreślony punkt krajobrazu czuł, jak lewa strona jego twarzy zaczyna puchnąć.

 


[1] „If you want to make the world a better place take a look at yourself, and then make a change” – Michael Jackson, “Man In The Mirror”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>