Naissant roz 15. W pojedynkę

Gael stał w niedużym sosnowym lesie. Głowę opierał o gruby konar i spokojnie palił papierosa wsłuchując się w szum wiatru targającego czubki drzew. Miał zamknięte oczy. Oddychał powoli, co raz wpuszczając do płuc kolejną dawkę gryzącego dymu. Pod jego nogami rozciągało się ubogie runo leśne złożone głównie z wrzosów i borówek. Miejscami krzewinki i pnącza zdobiły niewielkie dzwonkowate kwiaty. Resztę krajobrazu obficie dopełniała bladozielona trawa. Zza drzew, w dolinie za lasem, dało się dojrzeć mały, murowany budynek o strzelistej wieży i brązowym dachu. Za każdym razem, kiedy chłopak otwierał oczy, to właśnie na ten budynek padał jego wzrok. Przez większość czasu jednak powieki miał mocno zamknięte. Z lekko odchyloną głową – wyglądał jakby odpoczywał.

A odpoczynek bardzo by mu się przydał. Stojąc wokół drzew Gael pomyślał o tym, jak bardzo jest zmęczony. Zmęczony wszystkim, co mu się przytrafiało i w ogóle, całym sposobem swojego życia. Ale w szczególności wykańczało go ciągłe umieranie.

Przypomniał sobie pytanie, które zadał mu Mun, jeszcze w Karmazynowym Flamingu, dotyczące jego pierwszej śmierci; tej prawdziwej; tej, która przywiodła go do piekła. Zdał sobie sprawę, że przez umieranie niezliczoną ilość razy zupełnie nie umie przypomnieć sobie tego pierwszego. W ogóle niewiele pamiętał, ze swojego ziemskiego życia. Potrafił przywołać tylko niewiele znaczące wspomnienia smaków i zapachów Ziemi, choć czasami był pewny, że daje radę je rozróżniać, bo nie dawno miewał z nimi styczność w piekłach osobistych. Natomiast nie mógł przywołać w pamięci nic związanego z jego życiem; jego prywatnymi wspomnieniami: rodziną, przyjaciółmi, marzeniami, celami, zwycięstwami i porażkami. Jakby cała jego egzystencja poza piekłem zatarła się lub w ogóle nie istniała. To znaczy: wiedział, że żył w innym wymiarze, ale im więcej o tym myślał, tym mniej bywał, co do tego przekonany.

Usłyszał szum, który zaczął wzbierać na sile. Otworzył oczy, kiedy poczuł jak kropla deszczu uderza go w czoło a następnie spływa po twarzy, by zatrzymać się na brodzie i kapnąć na zielone podłoże. Kolejne kropla zmoczyła mu sam czubek głowy a zaraz za nią, z krótkich odstępach pojawiły się kolejne, i z dużą częstotliwością zaczęły lądować na ciele i ubraniu chłopaka. Deszcz w mgnieniu oka stał się na tyle silny, że jeden z padających strumieni wody wylądował idealnie na dymiącej końcówce papierosa, którego Gael trzymał w zębach, i zgasił peta.

Chłopak zaklął w myślach i wypluł papierosa na podłoże. Podniósł dłoń, by przetrzeć twarz, z której woda ciekła strumieniami, ale ręce miał zbyt mokre, by ten zabieg coś zmienił. Przeczesał palcami wilgotne włosy i jeszcze raz zamknął oczy podnosząc głowę wysoko – by deszcz kapał mu idealnie na twarz.

Rayos stał oparty o drzwi baru. Ręce miał założone na piersi a wzrok utkwiony w młodym chłopaku siedzącym na schodach przed nim. Nie ufał mu. Nie wiedział, czemu, ale było w nim coś, co go niepokoiło. Był zbyt spokojny, zbyt wycofany. Nie przejawiał żadnych oznak dbania o kogokolwiek. Pytał o Muna, ale za moment, gdy dowiedział się, co mężczyzna planuje zupełnie porzucił temat. Po opuszczeniu baru przez Neith, a następnie Siryę i Gotusa chłopak nie wykazał chęci udawania, że należy do ich paczki. Po prostu wstał od stołu i zostawił Rayosa samego, wewnątrz baru. Teraz siedział na schodach, praktycznie nieruchomo.

Rayosowi takie zachowanie od razu wydawało się podejrzane. A szczególnie nie podobał mu się fakt, że owy chłopak może znać Chentiego. I to dość dobrze. Może z nim pracuje? – pytał samego siebie.

Wiedział, że póki nie wróci Gotus, lub nie otrzyma jakichkolwiek informacji od Muna lepiej będzie mieć tego chłopaka na oku i bacznie obserwować każdy jego ruch.

Opuścił ręce swobodnie wzdłuż tułowia i czekał. Ale nic się nie działo. Mijała pierwsza godzina i kolejna. Wciąż byli tylko on i ten niepokojący go chłopak.

Ostatni raz takie poczucie wywoływał w nim Chenti. Od jednego i drugiego czuł zimno. Jakby obaj byli wyzbyci wyższych uczuć.

Nie wiedział skąd to się bierze. Czasami tak po prostu miał. Nigdy nie był fanem oceniania ludzi po pozorach; po wyglądzie. Powiedzmy, że w tej kwestii nauczył się wiele na własnych błędach. Jednak od czasu do czasu pojawiała się jakaś osoba, nawet niekoniecznie mu bliska, o której miał wrażenie, że wie wszystko, po pierwszym spojrzeniu. W jej twarzy, niby tak zwyczajnej, normalnej i codziennej jak wschody i zachody słońca, widział fałsz. Jego wewnętrzny radar podnosił krzyk; kazał mu być bardziej ostrożnemu i uważnemu w obecności tej osoby. Często dochodziło do sytuacji, w której całe otoczenie Rayosa, łącznie z Gotusem, było zafascynowane jakimś nowym przybyszem. Jedynie Rayos wydawał się być nieprzekonany. Patrzył na taką osobę i widział w tej twarzy oszustwo. W większości przypadków ta postać okazywała się później mieć ukryte cele i dążenia. Jednak, z racji tego, że Rayos rzadko kiedy dzielił się z ludźmi swoimi przeczuciami, jego ostrzeżenia nie zawsze były brane wiarygodnie. Tylko Gotus brał je na poważnie.

Teraz czuł, że z Katosem coś jest nie tak. Nie miał pojęcia, o co chodzi. Jednak w jego głowie, gdzieś na końcu myśli, migała czerwona lampka nakazująca nie opuszczać gardy, kiedy ten chłopak jest w pobliżu.

Mun stał nad kopcem z piachu, który przed chwilą on i Gotus skończyli sporządzać. Część jego twarzy wciąż piekła, po potężnym uderzeniu, które otrzymał. Wpatrywał się w zruszone grudy ziemi nie podnosząc wzroku na swojego kompana. Być może, fizycznie byli tu razem, ale Mun czuł, że stoi samotnie nad grobem swojej przyjaciółki.

W jego głowie kłębiło się od myśli i pytań. I planów tego, co powinien jest zrobić.

Ale nie ufał sobie. Przecież przed chwilą wydawało się, że ma sytuację pod kontrolą, a w mgnieniu sekundy Sirya nie żyła a Neith była w szponach Chentiego.

Czyżby mieli rację? Mieli! Nie jedna osoba już porywała się na zdobycie wiedzy o nieśmiertelności i tak to się dla niej kończyło. Wszyscy go ostrzegali: Gotus, Rayos, Sirya.

Ona wręcz błagała, by porzucił głupią misję sprzymierzania się z Chentim.

Mun jednak miał dość bycia postrzeganym za kogoś, kto nie jest w stanie wziąć spraw w swoje ręce. Przecież, kiedy Gotus szedł zabić Chentiego Sirya nie drżała o niego. Czemu? Temu, że już go nie kochała? Nie. Wciąż był jej bliski. Po prostu o niego nie bała się tak bardzo, bo wiedziała, że sobie poradzi.

„O mnie nie miała takiego zdania.” – podsumował w myślach i poczuł się, jakby dostał w policzek.

A Neith? Miał ją chronić. Obiecał to ich rodzicom. Obiecał, że jego przyrodniej siostrze nie stanie się krzywda, póki on jest w pobliżu. I co? Teraz jej życie jest w rękach Chentiego, a przecież doskonale wszystkim wiadomo, że to jest coś, czego ten chłopak nie szanuje.

Wszystko przez to, że postanowił zabawić się w bohatera!

„Nie spodziewałem się po tobie takiej odwagi” – ponownie usłyszał drwiący głos Chentiego.

Mun ciężko westchnął. Zaczęło do niego docierać, że nigdy nie było mu pisane zostać herosem. To nie on miał prężyć swoje muskuły w blasku słońca; to nie on miał budzić strach i podziw wśród reszty mieszkańców piekła. Od tego byli inni.

„Gotus.”

On, Mun, był od głupiego „bycia blisko”, pocieszania, zapewniania bezpieczeństwa w postaci dachu nad głową i posiłku. Przecież póki to robił Neith była zdrowa i szczęśliwa. I nic jej nie zagrażało.

Oczami wyobraźni zobaczył swoją siostrę, przerażoną i zapłakaną; zdaną tylko i wyłącznie na widzimisię Chentiego i … Mun aż zadrżał … Heroxa.

Zacisnął mocno powieki a po jego policzku pociekła łza.

Herox siedział na środku przestronnego betonowego placu. W którą stronę by nie spojrzeć wyrastały jakieś zabudowania. Większe lub mniejsze. Zniszczone lub w nieco lepszym stanie. Niektóre porośnięte mchem, inne z powybijanymi oknami. Miejsce, w którym siedział prawdopodobnie było kiedyś fundamentem jeszcze innego budynku. Gdzieniegdzie, z twardego podłoża wyrastały metalowe pręty świadczące o tym.

Siedział spokojnie, a obok jego nóg leżała strzelba, którą niedawno używał.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się do siebie usatysfakcjonowany.

Był przekonany, że Chenti będzie zadowolony, kiedy dowie się o tym, że wreszcie zadziałał samodzielnie. Do tej pory zawsze posłusznie wykonywał jego polecenia, ale od czasu, kiedy zostali rozdzieleni przez Gotusa i Rayosa, Herox musiał działa sam.

Sam, więc zdecydował się na ucieczkę i odszukanie swojego mistrza. Teraz, sam zdecydował, że odstrzeli tę panienkę.

„Chenti i tak chciał wyrolować tego gościa!” – pomyślał. – „Ucieszy się, kiedy się dowie, że pokazałem im, że z Chentim i Heroxem się nie zadziera!” – powtarzał, dumny z siebie.

Chciał, by Chenti wiecznie był z niego dumny, jak wtedy, kiedy odnalazł go wiszącego na szubienicy i dostarczył ulubione papierosy.

„Chenti jest nowym bogiem. Już niedługo wszyscy to zrozumieją i przestaną na niego polować. Wtedy on podporządkuje sobie całe piekło, a kto będzie jego prawą ręką? Kto będzie najwierniejszym kompanem?”

Herox snuł wizję siebie, jako drugiej, najważniejszej osoby w tym wymiarze.

„Chenti będzie dumny.” – powtarzał.

Gotus stał wyprostowany i patrzył przed siebie. Kątem oka dostrzegał znajdującego się kilka kroków od niego Muna. Nie poruszając głową zwrócił ku niemu oczy i wyraźnie zobaczył opuchniętą twarz mężczyzny, którego uderzył jakiś czas temu. Pokiwał głową.

Niedaleko jego stóp wyrastał usypany przez nich obu kopiec, pod którym leżało ciało kobiety, którą kochali.

Sirya … To ona przypomniała mu, że jest człowiekiem. Że życie nie składa się z kolejnych misji do wypełnienia i ze zdawania raportów dowódcom. Było mu z nią dobrze. Dawała chwile zapomnienia i ukojenia. Zawsze chętnie do niej wracał po ciężkim dniu. I nawet, kiedy go zostawiła starał się przywrócić te czasy.. Kochał ją … tak myślał. Kto wie, kim by dzisiaj był i co robił, gdyby ją posłuchał i spróbował, tu w piekle, wieść porządne życie? Takie zwykłe, normalne. Z żoną, dzieckiem. Gdzie największymi problemami byłyby porozrzucane po mieszkaniu skarpety.

Uśmiechnął się na tę myśl. Wiedział, ze to nie dla niego. On nie potrafił tak żyć. Spokojnie, bez adrenaliny. Może Mun? Ale nie Gotus.

Gotus musiał być w wirze wydarzeń. Musiał wiedzieć, co się dookoła niego dzieje. Znać swoich potencjalnych wrogów i sprzymierzeńców. Ich wady i zalety; mocne strony i słabości. On i Rayos – wiecznie wykonujący rekonesans. Wiecznie zorientowani w aktualnej sytuacji. Nigdy nie mogli opuścić gardy. Tak naprawdę to Rayos, nie Sirya, był jedyną osobą, której Gotus całkowicie ufał. Ona była tylko przerwą, miłą i dającą zapomnienie, ale wciąż przerwą w stylu życia, do jakiego został stworzony.

Zabijał i widział umierających ludzi zbyt wiele razy, by robiło to na nim wrażenie. Jeszcze ten moment „tuż przed”, kiedy życie wciąż się tliło – w takich sytuacjach był w stanie walczyć. Jednak, kiedy było już po wszystkim widział, że nie ma powrotu; że nie ma, co tego roztrząsać. Teraz, cokolwiek, by się nie zrobiło, nie zmieni to przeszłości. Każda więc śmierć, której doświadczył (poza tymi Chentiego) ukierunkowywała go w przyszłość.

Katos siedział na dole schodów prowadzących do baru, w którym poznał Neith i Muna. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest obserwowany. Jeden ze znajomych Neith, ten piegowaty, który jako jedyny został z nim w barze stał teraz u szczytu schodów i przyglądał mu się.

Chłopak siedział prawie nieruchomo. Od momentu, w którym wyszedł z osobistego piekła chciał spotkać się z Munem i ostrzec go przed Chentim. Jednak, kiedy dowiedział się o działaniach, jakie podjął opiekun Neith porzucił ten pomysł.

W jego głowie zaczynała kiełkować pewna myśl. Przypomniał sobie wizję siebie leżącego zakrwawionego na dachu windy. Skrzywił się na samą myśl. Nie chciał być tym bezbronnym człowiekiem. Nie chciał być ofiarą czyichś decyzji. Jest w piekle; kiedy, jeśli nie teraz jest czas na wzięcie odpowiedzialności za siebie? Nadaniu swojej egzystencji jakiegoś znaczenia? Sprawienia, że zostanie zapamiętany? Jak Gael! Tak!

Przypomniał sobie swoich rodziców uwięzionych i skazanych na pożarcie przez jaguara, a następnie własne odbicie w dymiącym zwierciadle. Nienawidził go. Nienawidził osoby, którą tam zobaczył. Była przestraszona, niezdecydowana.

Uśmiechnął się lekko uświadamiając sobie, że jednak pozwolił jaguarowi na dokonanie sieczki.

Uwolnił się przynajmniej od nich. Ciekawe, co teraz czują? Ciekawe czy płaczą nad jego trumną? Czy żałują tych wszystkich wypowiedzianych słów? Czy w ogóle zdawali sobie sprawę ile razy czuł się przez nich poniżony i skrzywdzony? Nawet, jeśli nie – trudno. Niech teraz rozpaczają! Na pokaz, jak wszystko, co w życiu robili.

„Świat to dziwne miejsce.” – przebiegło przez jego głowę.

„Ciekawe, czy to się kiedyś zmieni?’ – zadał sobie w myślach to pytanie, ale nawet nie próbował poszukać odpowiedzi.

Nawet, jeśli światu uda się zmienić, jego już na nim nie będzie. On swój żywot dokończy tu, w piekle. I teraz musi wybrać, czy podobnie, jak na Ziemi będzie żył zaślepiony czy uwolni się ze swojej beznadziei?

Neith siedziała na twardej, niewygodnej ławce. Nogi miała skrępowane ciasno w okolicy kostek. Drugi sznur mocno oplatał jej nadgarstki. Obie liny były połączone trzecią, w taki sposób, że dziewczyna nie mogła unieść swoich dłoni wyżej niż kilka centymetrów ponad kolana. Była w niewielkim murowanym budynku, do którego wpadało niewiele światła poprzez wąskie otwory okienne. Jego wnętrze składało się z dwóch rzędów stojących obok siebie drewnianych ław, pomiędzy którymi było około półtora metrowe przejście prowadzące od podwójnych, ciężkich drzwi aż do szerokiej nawy z drugiej strony pomieszczenia. W nawie, podwyższonej o trzy niewysokie stopnie, stał pokaźny stół przyozdobiony białym obrusem. Po lewej i prawie jego stronie znajdowały się nieco mniejsze blaty stojące ukośnie względem dużego stołu. Na jednym i drugim było po pięć zapalonych świeczek. Tuż za tą instalacją, w ścianie wyrzeźbione były postaci dzieci ze skrzydłami oraz dorosłych mężczyzn i kobiety, przyodzianych w długie i fałdziste szaty.

Jednak Neith nie widziała ani ich, ani żadnego szczegółu miejsca, w którym się znajdowała, gdyż miała na oczach przepaskę. Nie miała pojęcia, że siedzi na ławce znajdującej się bezpośrednio przed nawą i jest zwrócona twarzą do wyrzeźbionych postaci.

Trzymała ręce na kolanach i płakała. Materiał ograniczający jej widzenie był już cały przemoczony od łez, jednak wciąż przylegał mocno do twarzy i nawet, kiedy potrząsała głową nie była w stanie spowodować, by zsunął się ujawniając miejsce jej pobytu.

Jedyne więc, czego była pewna to to, że bardzo się boi. Była wręcz przerażona. Nie miała pojęcia, kim jest mężczyzna, który ją ogłuszył, związał i zostawił samą w tym miejscu. Nie wiedziała nawet czy jest on wciąż w pobliżu. Minęło już sporo czasu od ostatniego razu, kiedy słyszała go, krzątającego się niedaleko. Teraz jednak panowała wręcz idealna cisza, którą przerywało jej ciche łkanie.

Nie miała już siły płakać w niebogłosy. Siedziała, pociągając nosem i z trudem łapiąc powietrze oddychała przez usta.

Porzuciła nadzieję, że ktoś ją znajdzie. Mun? Gotus? Nie. Oni obaj są zbyt zajęci Siryą. A kim przy niej jest mała Neith? Tylko przeszkodą, oto, czym! Obaj pewnie ucieszą się, kiedy rano nie zjawi się błagając, by jeden lub drugi spędzili z nią trochę czasu. Będą mogli dalej zabiegać o tę lafiryndę! Rayos? On w ogóle wydawał się nigdy nie mieć pojęcia, że Neith istnieje.

„Ciekawe czy Menti bała się umierać?” – pomyślała.

Neith była przerażona.

„Całe lata pomagałam innym, by teraz umrzeć w samotności.” – łzy po jej policzkach zaczęły płynąc z większą częstotliwością.

W dach budynku zaczął uderzać deszcz, a całe pomieszczenie wypełniło się cichym i równomiernym szumem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>