Naissant roz 19. Decyzje

„Nie odzywaj się.” – cicho powiedział Gotus. – „Ja z nim pogadam.”

Mun spojrzał na niego zdziwiony.

„O czym chcesz z nim gadać?” – spytał szeptem.

„Przekonasz się.”

„Wiesz, kto to jest?! Wiesz, co to za stwory?!” – dopytywał.

„Lepiej niż ty.” – zakpił Gotus. Po chwili ciszy, odezwał się znowu.

„Jeśli obaj teraz zginiemy z ręki Orkusa to, kto uratuje Neith? Razem nie mamy szans wyjść cało z tej sytuacji.”

„O czym ty mówisz?”

„Po prostu stój i się nie odzywaj. I załóż ręce za siebie.”

Mun spojrzał na swoje zakrwawione dłonie. Pospiesznie wykonał polecenie Gotusa.

„Chyba nie planujesz wziąć winy na siebie?” – spytał z powątpiewaniem.

 Mężczyzna tylko skinął głową. Mun otworzył szeroko oczy, ale zanim zdążył coś powiedzieć poczuł jego dłoń na swoim ramieniu.

„Będzie lepiej jeśli Neith zostanie uratowana przez jej brata.”

„Ale …” – nie zdążył skończyć, gdyż Orkus zbliżył się na niedużą odległość. Jego betiony okrążyły Gotusa i Muna, w taki sposób, że, razem z myśliwym, uniemożliwiały im ucieczkę w każdą ze stron. U jednego z potworów Gotus zauważył dużą, i wyglądającą na świeżą, szramę na boku. Uśmiechnął się lekko.

„Twoja sytuacja jest tak beznadziejna, że lepiej będzie, jeśli zdecydujesz się dobrowolnie oddać w moje ręce.” – zabrzmiał donośny głos Orkusa.

„Jeśli jednak mogę coś powiedzieć …” – Gotus skłonił się lekko.

„Zamknij się!” – ryknął na niego myśliwy.

Gotus jednak był uparty.

„To ja zabiłem tego człowieka.” – ciągnął dalej, wskazując ręką na ciało Heroxa. – „To wspólnik Chentiego. Zabił bliską mi osobę, więc …”

„Kazałem ci się zamknąć.” – głos Orkusa tym razem był spokojny.

„To głupi pomysł” – Mun szepnął Gotusowi w ucho.

Ten skarcił go wzrokiem.

„Nie odzywaj się …”

„Znam cię.” – zaczął Orkus. Obaj mężczyźni spojrzeli na niego zastanawiając się, do którego z nich się zwraca.

„Gotus, prawda?”

„No jasne.” – pomyślał Mun.

„Domyślałem się, że możesz mieć mnie na liście swoich celów od odstrzelenia.” – Gotus znów skłonił się lekko.

„Ciebie. I tego rudego. Zawsze chciałem przyłapać was na gorącym uczynku.”

„Udało ci się.” – Gotus rozłożył szeroko ręce.

Orkus uśmiechnął się lekko.

„Kto to jest?”

Gotus obrócił się delikatnie i spojrzał na Muna.

„To? Nikt. Próbował mnie powstrzymać.”

„Wciąż nie rozumiem czemu ot tak, nagle, chcesz dobrowolnie mu się oddać.” – syknął Mun za plecami Gotusa.

„Planuje zrobić coś jeszcze głupszego.” – odpowiedział mężczyzna i wziął głęboki oddech. – „Mam zamiar walczyć.”

„Skąd wiesz dokąd iść?” – krzyknął Rayos do stojącego na niewielkim wzniesieniu Katosa. Za ich plecami rozciągała się panorama położonego w dolinie i otoczonego pustynią miasta. Idąc jednak pod górę za każdym razem dotarliby do gęstwin różnorakich lasów. Można był odnieść wrażenie, że roślinność zmienia się każdorazowo kiedy się tędy podróżuje. Czasami są to nieprzeciętnie strzeliste drzewa o koronach zaczynających się na wysokości kilku pięter pokaźnego wieżowca. Innym razem wyglądają jak najzwyklejszy na świecie bór sosnowy przetkany drzewami liściastymi.

„Powiedzmy, że zgaduję.” – zareagował po chwili Katos.

Rayosa taka odpowiedź zdecydowanie nie usatysfakcjonowała.

„Nie mamy czasu na zgadywanki.” – zauważył ostro.

„To nie idź za mną, tylko szukaj jej na własną rękę.” – padła sucha odpowiedź.

Rayos westchnął.

„Świeżak nie powinien spacerować sam po tej okolicy.”

„Być może.” – Katos uśmiechnął się pod nosem.

Rudzielec zauważył ten grymas. Zachowanie współtowarzysza podróży od czasu kiedy opuścili miasto budziło jego czujność i uwagę. Chłopak, do tej pory wydawał się być obserwatorem i miał więcej pytań niż odpowiedzi. Teraz jednak nie odwracał się za siebie a z jego postawy biła pewność siebie.

Przez gęstwiny boru przeszli bez słow. Rayos podążał w niewielkiej odległości za Katosem, póki ten nie zatrzymał się na skraju lasu. Kiedy rudzielec podszedł do niego zauważył w oddali niewielki murowany budynek o niedużych oknach i strzelistej wieży.

„Po prostu mówię, że nie powinieneś szwędać się sam” – wrócił do rozmowy.

„Chcesz powiedzieć, że podróżując sam, ryzykuję?” – spytał Katos robiąc nacisk na ostatnie słowo.

„Chcę powiedzieć, że lepiej nie zgrywać tu chojraka.” – skwitował Rayos.

Katos cmoknął i uśmiechnął się.

„I tu się nie zgadzamy.”

„To znaczy?”

„Widzisz …” – zaczął chłopak spokojnie. – „Całe życie byłem przestraszony. Bałem się wszystkiego. A szczególnie tego, „co by było gdyby …”. Bałem się nieznanego. Swojej chorej wyobraźni, która podpowiadała mi, że wszyscy dookoła uwzięli się na mnie. W każdej sytuacji, w której się znajdowałem lubiłem mieć przygotowany plan awaryjny. Drogę ucieczki, rozumiesz?”

Rayos skinął głową na „tak”.

„I nigdy, ale to nigdy …” – kontynuował. – „ …nie zaryzykowałem. I wtedy znalazłem się tu.”

„Pasjonująca historia, ale musimy szukać Neith.” – wciął się Rayos. Katos w ogóle nie zareagował na jego słowa.

„Pierwsza osoba, którą spotkałem w piekle powiedziała mi, że podróżowanie z nią to ryzyko. I wiesz co zrobiłem? Niewiele myśląc poszedłem z nim.”

„Gratuluję, ale czy możemy wrócić do tego co istotne?” – naciskał rudzielec.

„Właśnie to jest istotne! Zrobiłem coś, czego na Ziemi nigdy bym nie zrobił. Dostałem tu szansę na nowe życie, więc czemu mam wieść je tak samo? Czemu mam powielać te same błędy?”

„Żeby przeżyć?” – rzucił Rayos, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

„Na Ziemi to mnie zabiło, czyż nie?”

Chcąc nie chcąc rudzielec musiał teraz przyznać rację swojemu rozmówcy.

„Powiedział mi też, że ludzie dobrowolnie oddają na rzeź swoją wolność wyboru. Też tak robiłem, ale z tym dość. Teraz ja jestem panem swojego życia.”

Rayos, widząc, że nie ruszą się z miejsca, póki Katos nie skończy swojego wywodu postanowił udać zainteresowanego.

„Twój towarzysz to musiała być interesująca osoba. Co się z nim stało?”

Katos uśmiechnął się i spojrzał na Rayosa.

„Pewnie umarł.”

„Źle podjęta decyzja?” – dopytywał rudzielec.

„Zdecydowanie.” – Katos kiwał głową patrząc na murowany budynek w oddali.

„Jak miał na imię? Może o nim słyszałem.”

„Słyszałeś o nim, wierz mi.” – chłopak uśmiechnął się tajemniczo. – „Mi przedstawił się jako Gael.”

„Walczyć?! Z Orkusem?!” – Mun próbował szeptać, ale targany emocjami wydobył z siebie coś przypominającego piski. – „On jest niepokonany!”

„Betiony podobno też.” – zauważył Gotus wskazując Munowi zranionego potwora. – „Były cztery, wiedziałeś o tym?”

„Wiedziałem, ale … Cholera jasna Gotus! On jest nieśmiertelny, więc nie ryzykował zbyt wiele jak się na nie porywał. Nawet jeśli pokonasz Orkusa, te potwory cię zjedzą.”

„A ty będziesz miał czas na ucieczkę i odszukanie siostry! A teraz zamknij się!”

Myśliwy przyglądał się szepcącym mężczyznom z uśmiechem wyrażającym politowanie.

„Może da się przekonać i nas puści?” – kontynuował Mun.

„Jaja sobie robisz?”

„Trzeba mu wytłumaczyć, czemu stało się to, co się stało.”

„Czy ty na głowę upadłeś? Jemu się nie tłumaczy!” – uciął Gotus, po czym spojrzał w stronę myśliwego. Mun nie poddawał się jednak.

„To kompletnie bez sensu, żeby on nas teraz karał za zabicie Heroxa. Ciekawe gdzie był kiedy ten śmieć zabijał Siryę? Tego to oczywiście nie widział! Ale nas już tak! No kurwa, to jakieś popieprzone.”

Gotus słuchał paplania swojego towarzysza mając nadzieję, że te słowa nie docierają do Orkusa.

„Skoro jest tu do pilnowania porządku; skoro ma dręczyć kłamców, morderców i zdrajców, to powinien dać nam teraz medal a nie chcieć nas karać!”

Orkus uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko. Gotus widząc grymas myśliwego nie zwlekał ani chwili dłużej.

„Wyzywam cię na pojedynek!” – krzyknął.

„Czemu?” – spytał Orkus spokojnie.

Gotus zmarszczył brwi.

„Nie oddam się w twoje ręce i w paszcze tych stworów bez walki! Mam zamiar walczyć o swoje życie i opuścić to miejsce o własnych siłach!”

Orkus przestąpił z nogi na nogę i odszedł na bok.

„Idź.” – powiedział i zrobił zachęcający gest ręką. – „Nie jesteś tu do niczego potrzebny.”

Gotusowi i Munowi opadły szczęki.

„Jak to?” – wymamrotał ten pierwszy.

„Najzwyczajniej w świecie.” – myśliwy był rozbawiony. – „To nie ty zamordowałeś Heroxa. On to zrobił.” – jego wzrok padł na Muna, który stał z szeroko otwartymi ustami.

„Gotus zaśmiał się nerwowo.

„Skąd możesz to wiedzieć na pewno?” – spytał.

„Już pomijając fakt, że byłem świadkiem wszystkiego, co przed chwilą zaszło na tym placu – twój przyjaciel ma dłonie we krwi. Twoje natomiast są czyste.” – Orkus wypowiadał to zdanie spokojnie i powoli. Gotus już w połowie zorientował się, że Mun przestał trzymać ręce za sobą.

„Czy ty masz jakiś problem z kontrolą swoich kończyn?” – zapytał załamany.

Mun spojrzał na Orkusa i wstrzymał oddech. Myśliwy przeciągnął się.

„Tak z drugiej strony – przydałoby się rozruszać trochę stare kości. Przyjmuję wyzwanie. Zawalczę z mordercą.”

Mun i Gotus wymienili spojrzenia.

„Głowa lekko w dół, żeby chronić podbródek.” – Gotus mówił jak trener przygotowujący swojego zawodnika do walki. – „Nie napinaj mięsni! Opuść łokieć!” – powtarzał ustawiając Muna w odpowiedniej pozycji. – „Tańcz dookoła niego, wiesz jak …” – zademonstrował kiwając się na boki i robiąc unik przed wyimaginowanym ciosem, ale jego uczeń wydawał się być zdezorientowany. – „Nie szkodzi. Po prostu zmęcz go! Jest stary, może będziesz miał szczęście i jak go porządnie trafisz, to pikawa mu siądzie.”

„Wątpię, że w ogóle do niego podejdę – on ma pejcz.”

„Wiedziałem, że o czymś zapomniałem.” – Gotus zrobił przestraszoną minę. By Mun jej nie widział, obszedł go i zaczął rozmasowywać mięśnie karku. –„Poskacz trochę, rozluźnij się… Dobrze.”

„Gotowi?” – krzyknął myśliwy.

„Pamiętaj, jeśli krwawi – możesz go zabić.” – Gotus klepnął Muna w plecy i głośno westchnął. Odszedł kilka kroków w tył i zderzył się ze stojącym niedaleko betionem. Zwierzę prychnęło na niego i zagrodziło mu drogę. Teraz nawet jakby chciał, nie byłby w stanie dołączyć do walki i zwiększyć szanse swojego kolegi.

„Dobra, zaczynajmy.” – powiedział Mun. Zaczął przypominać sobie wszystkie polecenia Gotusa.

„Lewa ręką na wysokości obojczyka … łokieć opuszczony … zgięta. Prawa … tak … pięść przy podbródku …” – dobierał odpowiednią pozycję kiedy poczuł piekący ból.

Orkus nie patyczkował się widząc kompletnie nieprzygotowanego Muna, zdzielił go prawym prostym idealnie w nos. Mun upadł na kłoda i złapał się za twarz.

„Ej! To nie fair!” – krzyknął Gotus krzywiąc się. – „Był nieprzygotowany!”

„Bardziej przygotowany to on nie będzie.” – podsumował Orkus szybko zaciskając i rozluźniając pięść. Gotus wiedział, że musi przyznać mu rację.

Mun wstał z ziemi i splunął. Oczy zaszły mu łzami i musiał mrugnąć parę razy, żeby lepiej widzieć. Tym razem kompletnie nie zwracając uwagi na polecenia Gotusa zamachnął się i spróbował uderzyć myśliwego. Ten uchylił się i odszedł krok w tył.

„Sygnalizujesz ciosy!” – krzyknął Gotus.

„Zamknij się!” – wrzasnęli Mun i Orkus.

Powrócili do walki. Myśliwy ponownie wyprowadził cios, ale tym razem jego przeciwnik był przygotowany. Odchylił się w tył i odszedł kilka kroków, by utrzymać równowagę. Orkus natarł na niego po raz kolejny. Musiał zrobić krok, by się zbliżyć, co Mun postanowił wykorzystać. Niewiele myśląc kopnął myśliwego w sam środek klatki piersiowej.

Gotus krzyknął podekscytowany.

Orkus przeturlał się w tył i wstał. Nie spodziewał się tego, co zaszło. Teraz on i Mun stali od siebie w odległości kilku metrów. Myśliwy wyjął zza pasa swój pejcz i strzelił nim groźnie. Gotus widział jak Mun ciężko przełyka ślinę.

„Koncentracja!” – krzyknął w jego stronę.

Mun i Orkus obserwowali się nie spuszczając z siebie wzroku. Myśliwy uśmiechnął się lekko i znów strzelił z bicza. Tym razem końcówka rzemienia świsnęła niedaleko twarzy Muna kalecząc jego policzek. Mężczyzna skrzywił się i zaczął ciężej oddychać.

„Zabierz mu to!” – usłyszał krzyk Gotusa.

„Jak?” – pomyślał.

Zobaczył jak Orkus bierze kolejny zamach. Z głośnym krzykiem ruszył w stronę myśliwego, który kompletnie zaskoczony takim zachowaniem swojego przeciwnika dał się powalić. Mun przycisnął go do podłoża, złapał za nadgarstek i zaczął uderzać nim o ziemię tak długo, póki Orkus nie wypuścił bicza.

„Szalone, ale działa.” – pomyślał Gotus. Za moment jednak przeklął głośno widząc jak Mun rozluźnia ucisk, by sięgnąć po pejcz. Tę sytuację wykorzystał Orkus, który wyrwał się z przeciwnikowi, by za chwilę stać na nogach. Mun ledwo zdążył zorientować się co się stało, kiedy poczuł potężnego kopniaka na żebrach. Upadł na ziemię i zakaszlał.

„Bicz!” – krzyknął Gotus.

Mun i Orkus spojrzeli na leżący na ziemi pleciony pejcz. Obaj rzucili się na niego. Ku swojego zdziwieniu Mun był pierwszy. Złapał narzędzie i cisnął nim daleko za plecy stojących dookoła ich betionów.

Gotus uderzył się wnętrzem dłoni w czoło.

Tymczasem Orkus nie zwlekał ani chwili dłużej. Uderzył Muna w nieosłonięty bok, a kiedy mężczyzna zgiął się z bólu, poprawił prawym sierpowym prosto w szczękę. Chciał powtórzyć cios, ale jego przeciwnik uchylił się. Szybko jednak wyprostował się i skopiował cios myśliwego. Dwa razy uderzył go prosto w twarz, aż ten odsunął się oszołomiony.

Orkus splunął i ruszył do ponownego ataku. Munowi udało się jednak zblokować cios. Myśliwy nie rezygnował. Powtarzał próby, ale za każdym razem Mun robił uniki i odchodził krok w tył.

„Dobrze.” – powtarzał Gotus sam do siebie. Nagle wrzasnął na całe gardło. – „Teraz!”

Mun nie wiedział dokładnie o co chodziło, ale nie zwlekając uderzył myśliwego w nos i cofnął się kilka kroków.

Zaczęli teraz swój taniec. Orkus próbował zadawać ciosy, które Mun blokował za każdym razem odsuwając się o kolejne metry. Myśliwy musiał go gonić, co mężczyzna wykorzystywał na zadawanie mu kolejnych ciosów. Chodzili tak po okręgu, i ku swojemu zadowoleniu Mun zauważył, że Orkus oddycha coraz ciężej. Widocznie musiało go to męczyć dużo bardziej, niż się spodziewał. Ponawiał ataki, ale stawały się one coraz wolniejsze i o mniejszej sile. Mimo wszystko udało mu się jeszcze kilka razy zdzielić Muna po twarzy. Po kolejnej wymianie ciosów młodszy z mężczyzn zaczął mieć wrażenie, że wszystko dookoła niego zwolniło. Widział stojące praktycznie nieruchomo betiony, oraz krzyczącego coś Gotusa. Jednak żadne słowa do niego nie docierały. W głowie mu szumiało, bolało go wszystko, a przez rozbity nos oddychało się coraz ciężej. Naprzeciw niego stał Orkus. Posiniaczony i zakrwawiony na twarzy wyglądał jak swoja własna karykatura. W zwolnionym tempie zaczął zbliżać się do Muna, by zadać cios ostateczny.

Mężczyzna tylko na to czekał. Kiedy Orkus wyprowadził uderzenie Mun odchylił się, by za moment powrócić z potężnym ciosem prosto w podbródek.

Jedyne co widział to ciało myśliwego opadające bezwładnie na ziemię.

Gotus otworzył szeroko oczy i zamarł. Nie zwracając uwagi na stojącego przed nim betiona ominął zwierze i pobiegł do walczących przed chwilą mężczyzn. Opadł na kolana przy ciele Orkusa i sprawdził jego puls.

Mun stał ciężko oddychając. Zaczął pluć i smarkać krwią. Był zbyt oszołomiony, tym co się przed chwilą działo. Kątem oka widział jak Gotus pospiesznie wstaje i zaczyna rozglądać się na boki. Z zamroczenia wyrwało go przeraźliwe wycie betionów.

Trzy, oślizgłe stwory, zawodziły tak głośno, że mężczyznom zaczęło dzwonić w uszach.

Gotus podbiegł do torby z bronią, która leżała niedaleko i zaczął w niej szukać czegoś przydatno na tę chwilę. Za moment wrócił do Muna i podał mu strzelbę.

„Bohaterze.” – musiał przekrzykiwać skowyt potworów. – „Podejrzewam, że teraz będzie dużo trudniej.”

„Co? O czym ty mówisz?” – do Muna wciąż niewiele docierało.

„Zabiłeś Orkusa.” – stwierdził Gotus jednocześnie ze strachem i podziwem w głosie. – „Ale one …” – popatrzył na betiony. Załadował broń i wycelował w stwora.

Mun automatycznie zrobił to samo.

Przez chwilę stali plecami do siebie słuchając świdrującego zawodzenia betionów. Po chwili jednak potwory ucichły. Jeden z nich, ten ranny, zrobił krok do przodu. Później kolejny. Dwa pozostałe zaczęły robić to samo. Powoli zbliżały się do stojących na środku placu mężczyzn.

„Czekaj … czekaj.” – głos Gotusa był spokojny. – „Muszą podejść jeszcze bliżej … celuj w głowy.”

Już miał dać znak do strzału, kiedy betiony zatrzymały się. Swoimi wielkimi łapami oparły się o podłoże i pochyliły oślizgłe głowy. Wbiły wzrok w ziemię i czekały.

„Co one robią?” – szepnął skołowany Mun.

„Kłaniają ci się.” – padła odpowiedź.

Obaj mężczyźni opuścili strzelby i zaczęli rozglądać się dookoła. Ich oczom ukazał się niewielki człowieczek, w idealnie białej koszuli i czarnych spodniach. Stał z rękami założonymi za sobą i przyglądał się całemu wydarzeniu ze spokojem.

„Jak to?” – zapytał Gotus.

Człowieczek zignorował go i podszedł do Muna.

„Gratuluję.” – spojrzał przez ramię na leżące niedaleko ciało Orkusa. – „Zostałeś nowym myśliwym.”

Otworzył szeroko oczy. Pokiwał głową z niedowierzaniem a na jego twarzy wymalował się delikatny uśmiech. Po chwili spoważniał i odwrócił się w stronę Rayosa. Mężczyzna stał niedaleko i przyglądał mu się uważnie.

Katos odwrócił się i odszedł kilka kroków w stronę lasu. Rudzielec ruszył za min.

„Mógłbyś?” – zadrwił chłopak.

Rayos zmarszczył brwi.

„Idę się odlać.” – wytłumaczył Katos. – „Odwróć się.”

Rayos westchnął i wykonał polecenie.

„Jak już skończysz, czy moglibyśmy powrócić do szukania Neith?” – zapytał.

„Jasne!” – usłyszał krzyk.

Katos zniknął za drzewami i stał przez chwilę obserwując Rayosa. Rozejrzał się i podniósł dużą i grubą gałąź leżącą niedaleko. Wziął głęboki oddech.

„Tylko odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie!” – krzyknął zaczynając iść w stronę rudzielca.

„Jakie?” – słysząc kroki Rayos zaczął odwracać się powoli.

„Wiesz, czemu poranki są zimne?” – usłyszał. Nie zdążył wykonać całego obrotu kiedy poczuł przenikliwy ból w czaszce. Cały świat zniknął mu sprzed oczu, kiedy bezwładnie upadł na ziemię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>