Naissant roz 20. Legenda Gwiazdy Porannej

„Jak to myśliwym, jakim myśliwym? Że co?! O czym ty bredzisz?! Kim ty w ogóle jesteś?!”

„Zabiłeś Orkusa, czyż nie?” – głos człowieczka był spokojny.

„Nie wiem. Może żyje!” – rzucił Mun patrząc prosząco na Gotusa, ale ten pokiwał przecząco głową.

„Zgodnie z tradycją przejmujesz jego obowiązki i przywileje. Od tej chwili stajesz się demonem śmierci. Twoim zadaniem jest karać i dręczyć kłamców, zdrajców i morderców. Od teraz piekło ma być utożsamiane z twoim imieniem a tym sam masz być największym koszmarem każdego z grzeszników, którzy to właśnie przed tobą odpowiadają za swoje występki.” – człowieczek mówił praktycznie nie zatrzymując się, by nabierać powietrza. – „Każdy grzesznik musi dobrowolnie oddać się w twoje ręce, jeśli przyłapiesz go na gorącym uczynku. Od teraz betiony należą do ciebie i będą wykonywać każde twoje polecenie. Resztę swojej świty, jeśli w ogóle będziesz jej potrzebował, możesz stworzyć z podległych ci ludzi bez twarzy. Grzesznicy, tacy jak on …” – zatrzymał się i spojrzał na Gotusa. – „ … nie mogą ci towarzyszyć, chyba, że prowadzisz ich na śmierć. Każda forma kary jest tylko i wyłącznie twoją decyzją, a ta nie może być podważana przez nikogo. Jednocześnie grzesznik na prawo wyzwać cię na pojedynek. Jeśli się nań zgodzisz, musisz walczyć osobiście, bez pomocy ani betionów ani nikogo innego wchodzącego w skład twojej świty, ale to już wiesz. Jednak nie masz obowiązku zgadzania się na pojedynek. Jak mówiłem, od teraz każda twoja decyzja jest nie do podważenia.”

„Czekaj!” – przerwał mu Mun.

„Jakieś pytania?” – zainteresował się człowieczek.

„Z tysiąc … po pierwsze, kim ty jesteś?”

„Strażnikiem snów.” – mężczyzna skłonił się lekko.

„No tak … to wiele wyjaśnia.” – rzucił Gotus sarkastycznie wzruszając ramionami.

„Skąd to wszystko wiesz?’ – spytał Mun.

„Moja wiedza nie powinna cię interesować. Jednakże mogę się nią z tobą dzielić. Z odpowiednią dozą, oczywiście.”

„Ja mam pytanie, jeśli można.” – wtrącił się Gotus. Strażnik skinął głową. – „Okej, zakładając, że on jest teraz nowym Orkusem … skąd inni będą o tym wiedzieć? To znaczy … ile potrwa zanim cała reszta dowie się, że jest nowy myśliwy i jak on wygląda …”

„Myślę, że podróżujące z nim betiony, same w sobie, będą pytaniem i odpowiedzią.” – wpadł mu w słowo Strażnik.

„I tak, z urzędu wszyscy będą się go bać, tak?” – ciągnął Gotus a człowieczek kiwnął twierdząco głową.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Strażnik czekał na kolejne pytanie, Gotus myślał nad czymś bardzo intensywnie a Mun był zbyt oszołomiony, by wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Stał i tępo patrzył na jednego z betionów.

„Wiesz, gdzie jest Neith?” – spytał w końcu Gotus.

„Ależ oczywiście.”

„Porwał ją Chenti …”

„Gael.” – wciął się Strażnik. Mun i Gotus spojrzeli na niego zdziwieni. – „Gael Tero. Tak naprawdę nazywa się osoba, która przetrzymuje twoją siostrę. Chenti to tylko przydomek.”

„Wiesz, czemu jest nieśmiertelny?” – spytał nieśmiało Mun, nie licząc na odpowiedź.

„Wiem.” – Mun i Gotus spojrzeli po sobie. Strażnik uśmiechnął się łagodnie, ale nie kontynuował.

„Ale nam nie powiesz …” – dokończył Gotus.

„Nie.”

„Po czyjej ty stronie jesteś, tak właściwie?” – rzucił szyderczo.

„Zapewniam cię, że Neith nie grozi żadne niebezpieczeństwo ze strony Gaela. Już nie.” – poręczył Strażnik. Popatrzył na Muna. – „Jako myśliwego nie mam prawa cię okłamywać. Nie mogę jednak zdradzać ci całkowitej prawdy. Nie kłamię, kiedy mówię, że Gael nie wyrządzi twojej siostrze żadnej krzywdy. Natomiast chłopak o zdolności zmartwychwstawania to zupełnie inna historia. Podobnie jak Orkus, i ty, będziesz miał z nim największe problemy. Nieśmiertelny niczego się nie boi, jest zuchwały; rozdrażniony, jak ranne zwierzę. Będzie się bronił, będzie walczył, nie da ci chwili spokoju. To właśnie on sprawi, że możesz nigdy nie uzyskać takiego szacunku wśród grzeszników, jaki powinieneś mieć. Być może, przez swoją nieuwagę i jego arogancję stracisz kiedyś kolejnego betiona. Nie ignoruj nieśmiertelnego i nigdy go nie lekceważ. Nie popełniaj błędów swojego poprzednika.”

Mun stał bez ruchu i przyglądał się Strażnikowi. Słowa wypowiadane przez tego dziwnego człowieczka w białej koszuli i czarnych spodniach być może do niego docierały; być może rozumiał ich znaczenie, ale zupełnie nie mógł pojąć, że dotyczą właśnie jego. On ma być nowym Orkusem? Postrachem piekła?

„Przecież ja się zupełnie do tego nie nadaję.” – pomyślał i nogi się pod nim ugięły. Jedyne, czego teraz chciał, to odnaleźć Neith i wrócić do swojego starego życia. Tego, w którym nie był demonem śmierci, a zwykłym, niewyróżniającym się szarakiem.

Gotus spojrzał na Muna i odniósł wrażenie, że jego kolega nie do końca rozumie, co się właśnie stało.

„Czekaj.” – powiedział do Strażnika.

„Nigdzie się nie ruszam.”

„Czemu nigdy wcześniej cię nie widziałem?” – spytał w końcu.

Strażnik przeniósł na niego wzrok. Jego twarz była praktycznie nieruchoma. Niemożliwym było wyczytać z niej jakiekolwiek emocje.

„Nie mieliśmy powodu, by się oglądać.” – powiedział spokojnie. – „W zasadzie, wciąż nie miałbyś pojęcia o moim istnieniu, gdyby nie fakt, że znalazłeś się we właściwym czasie, we właściwym miejscu. Zwykli grzesznicy nie dostępują zaszczytu.” – skłonił lekko głowę.

„Domyślam się, więc, że nie powiesz nam, kim jesteś, ani skąd to wszystko wiesz?”

Strażnik uśmiechał się subtelnie. Gotus pokiwał głową dając znać, że zrozumiał i on nie dowie się niczego więcej.

„Jeśli nie masz do mnie żadnych pytań, pozwól, że ja ci zadam jedno.” – Strażnik zwrócił się do Muna. Mężczyzna popatrzył na niego, po czym spojrzał na Gotusa, który wzruszył ramionami. Mun skinął dając znak Strażnikowi.

„Wiesz może, czemu poranki są zimne?”

„Nie.” – Mun pokiwał głową.

„To posłuchaj Legendy Gwiazdy Porannej.”

Itzt siedział nad potokiem. Przyglądał się rwącej wodzie i rozkoszował jej szumem, kiedy płynęła przez kaskady kamiennych półek. Nachylił się, by zamoczyć dłoń. Poczuł przyjemny chód w koniuszkach palców i uśmiechnął się do siebie. Poranna rosa utworzyła miliony koralików ozdabiających źdźbła zielonej trawy, na której postawił bose stopy. Uniósł głowę i rozprostował ręce. Zrobił kilka obrotów, by po chwili z głośnych śmiechem opaść na ziemię.

Był pogodny. Uwielbiał leżeć w porannej, świeżej trawie.

Otworzył oczy i popatrzył w niebo. Mleczne chmury, zarysowane tak delikatnie, jakby malował je zdolny artysta pociągając subtelnie pędzlem po błękitnym płótnie nieba, były przyprószone pomarańczowo-różowymi pyłem.

Spokój. Beztroska. Nowy dzień, i nadchodząca razem z nim nadzieja na pomyślność.

Itzt rozkoszował się budzącą się ze snu przyrodą, kiedy zapiekły go oczy. Zamknął je i poderwał się na równe nogi. Bojaźliwie podniósł głowę ku niebu i z przerażeniem zdał sobie sprawę, że nie może w nie patrzeć bez bólu.

„Kim jesteś?!” – krzyknął w stronę intruza.

Słońce nie odpowiedziało. Arogancko śmiało się jaśniejąc coraz bardziej.

„Jestem Itzt! Wenus! Gwiazda Poranna! Jak śmiesz mnie ignorować?”

„Zejdź mi z drogi.” – rzekło Słońce zuchwało. – „Od dziś ja jestem nowym bogiem Świtu!”

Nie zważając na Gwiazdę Poranną zaczęło panoszyć się po niebie, jakby było jego panem. Nie tolerowało sprzeciwu i, nieproszone, wdzierało się nawet tam, gdzie go nie chciano. Słońce stało się ważniejsze niż Gwiazda Poranna i to jemu podporządkowała się cała przyroda.

Itzt poczuł zazdrość. Nie podobało mu się grubiaństwo przybysza oraz raniła go łatwość, z jaką natura postanowiła go zdradzić. Rozeźlony złapał za łuk i naciągnął cięciwę. Zmrużył oczy, ale potężny blask wciąż nie pozwalał mu dobrze przymierzyć. Nie zważając na światło, wystrzelił strzałę w kierunku Słońca.

Ognista kula zaśmiała się i odbiła lecący w jej stronę pocisk.  Zrobiła własną strzałę i posłała ją w kierunku ziemi.

Itzt oślepiony lśnieniem Słońca nie zdążył zareagować. Strzała wbiła się w czoło, zamieniając jego oblicze w kamienną maskę. Z przenikliwym bólem wyjął pocisk ze swojej twarzy i natychmiast zawiązał wokół rany opaskę, która opadła mu na oczy.

Upokorzony upadł na kolana i głośno krzyknął. Złapał w dłoń leżący niedaleko niego kamień, który natychmiast przeszedł chłodem. Cisnął skałą w niebo, ale usłyszał tylko kolejny chichot Słońca.

„Ukarzę cię!” – zawołał unosząc w górę swoje skamieniałe oblicze. Dzięki opasce, która opadła mu na oczy, mógł teraz patrzeć w Słońce z mniejszym bólem.

„Możesz zyskałeś władzę nad dniem, ale nigdy nie ogrzejesz poranka. Od dziś poranki będą zimne!” – powiedział tak cicho, by Słońce tego nie słyszało. – „Wszystko zostanie zburzone podłością Zimna.”

Od tego czasu, podróżował po świecie i pchany zaślepieniem oraz bezrozumnym uporem zemsty na Słońcu zacząć karać jego ukochanych ludzi. Na zimnych, kamiennych ołtarzach zaczął wycinać im serca i ironicznie ofiarowywał je swojemu oponentowi. Chciał, by kamień i chłód już zawsze były kojarzone z karą.

To Słońce zamieniło wesołego boga Świtu w niepojęcie upartego boga Zimna, Śniegu i Lodu. Wygrało z nim pojedynek o każdą porę dnia, z wyjątkiem tej jednej.

I mimo, że od wielu tysięcy lat nikt nie widział boga Zimna wśród ludzi, chłód rozpoczynający każdy dzień przypomina wszystkim o jego niegdysiejszym istnieniu. W umysłach ludzi jego imię stało się symbolem uporu i zaślepienia. A to imię, nie do powtórzenia w oryginalnym jego brzmieniu, w mowie zrozumiałej dla wszystkich brzmi: Zakrzywiony Obsydianowy Nóż.

 

Strażnik skończył opowieść i spojrzał łagodnie na słuchających go mężczyzn. Obaj patrzyli na niego z otwartymi ustami. Nie miał pewności, że dotarło do nich to, o czym mówił. Uśmiechnął się. Podszedł do Muna i nie zwracając uwagi na jego oszołomienie wyjawił mu miejsce, w którym przetrzymywana jest Neith oraz jak tam dotrzeć.

„Pamiętaj, jesteś teraz myśliwym. Masz nowe obowiązki. Uratuj siostrę, ale później zajmij się tym, co do ciebie należy.” – odwrócił się i rozpłynął w powietrzu.

Mun otrząsnął się i popatrzył na leżące niedaleko martwe ciało Orkusa.

„Musiałeś go wyzywać?” – spytał cicho.

Gotus podniósł głowę, ale nic nie powiedział. Westchnął tylko i schylił się, by pozbierać bronie, które porozrzucał jakiś czas temu, myśląc, że czeka ich walka z betionami. Wstał i przełożył sobie zapakowaną torbę przez ramię.

„Jeśli to jakoś pomoże to … Sirya cię kochała.” – zaczął. – „Naprawdę. Temu cię tak nie cierpiałem.”

„Czas przeszły?” – spytał Mun.

Gotus zaśmiał się.

„Teraz to już nie ma znaczenia. Wiesz, gdzie jest Neith, masz po swojej stronie te stwory. Poradzisz sobie z uratowaniem jej. Ja odnajdę Rayosa i mam nadzieję, że nigdy więcej cię nie zobaczymy.”

Teraz Mun się uśmiechnął.

„Idziesz ze mną. Nie patrz tak na mnie! Będę cię potrzebował, jeśli mam ścigać zabójców. Ciebie i Rayosa, ale jego poszukamy jak już uratujemy Neith.”

Gotus zmarszczył brwi.

„Przecież słyszałeś, co powiedział ten śmieszny gość – nie mogę ci towarzyszyć …”

„Powiedział też, że moje decyzje są niepodważalne.” – Mun uśmiechnął się szeroko.

„Dzierżysz urząd niecałą godzinę a już cwaniakujesz.” – zażartował Gotus.

Obaj zaśmiali się. Po chwili skonfundowany Mun spojrzał na betiony.

„Może poklep się w udo i cmoknij to przyjdą do ciebie.” – zaproponował Gotus, ale Mun zgasił go spojrzeniem.

„Kurde! Mogliśmy go spytać jak się obsługiwać tymi zwierzami …” – zaczął. – „Wciąż przyprawiają mnie o gęsią skórkę.”

„A ja wiem …” – droczył się Gotus. – „Jak nie chcą mnie zjeść to wydają się całkiem … urocze.” – wyciągnął rękę w stronę jednego z betionów a ten nachylił pysk i ją powąchał. Ledwo zdążył zabrać dłoń, kiedy paszcza potwora kłapnęła niedaleko niej.

„Cofam to, co powiedziałem.”

„Ciekawe, co jedzą tak, na co dzień?” – zainteresował się Mun.

„Pewnie ludzi.” – powiedział rozdrażniony tym, co się przed chwilą stało Gotus.

„Bądź grzeczny, bo sprawdzę tę teorię na tobie.”

Gotus obrzucił Muna poirytowanym spojrzeniem, ale za moment złagodniał.

„Chodźmy szukać Neith!” – rzucił kończąc temat. – „Prowadź!”

Mun odwrócił się i zaczął iść. Gotus i trzy betiony podążyli za nim bez słowa. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.

„Może nie będzie tak źle jak mi się na początku wydawało.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>