Naissant roz 21. Zabij tego śmiecia!

I’m becoming a monster, just like you
After it all you’ll try to break me too
Falling forever, chasing dreams
I brought you to life so I can hear you scream[1]

 

“Nie będzie ci przeszkadzać?” – spytał wyciągając papierosa.

Pokiwała głową. Po chwili zapytała.

„Masz jeszcze jednego?”

„Nie wiedziałem, że palisz.”

„Właśnie zaczęłam.”

Zachichotał. Podpalił pety i usiadł na ławce. Przez jakiś czas siedzieli w ciszy zakłócanej pokasływaniem Neith.

„Boli patrzeć jak marnujesz tego papierosa.” – powiedział po chwili. Nie zareagowała.

„Ciekawe, co jeszcze zacznę przy tobie robić …” – spytała na głos, samą siebie.

Gael uniósł brwi i uśmiechnął się.

„I co teraz?” – dopytywała się.

„Czekamy na Heroxa.”

Spojrzała na niego ze strachem.

„Spokojnie. Póki co – zostajesz ze mną.”

Znów zapadła cisza. Po kilku minutach usłyszeli skrzypnięcie dużych drzwi wejściowych.

„Już jest.” – powiedział Gael. Wstał i zgasił papierosa przydeptując go butem. Neith zrobiła to samo.

„Gdzie ty się włóczyłeś tyle czasu?!” – krzyknął chłopak. Odwrócił się i otworzył szeroko oczy.

„Co ty tu robisz?” – spytał podejrzliwie.

Wzdłuż ławek szedł Katos. Jego krok był szybki. Wyglądał, jakby się czegoś bał.

„Idą tu!” – krzyknął w stronę Gaela.

„Ty … ty go znasz?” – spytała przestraszona Neith patrząc na Katosa.

„Tak.” – odpowiedzieli obaj, nie wiedząc, do którego z nich było skierowane jej pytanie.

„Kto tu idzie?” – spytał Gael.

„Orkus. I Mun. Znalazł go i wyśpiewał, że przetrzymujesz jego siostrę. Są z nimi jeszcze tacy dwaj …”

„Gotus.” – pomyślała dziewczyna i zrobiło się jej cieplej.

Gael zaśmiał się.

„Widzę, że szykuje się imprezka.”

Katos pokiwał głową. W jego oczach był strach.

„Nie. Tym razem mają inny plan. Nie zabiją cię.”

„A co zrobią?”

„Widziałeś Gwiezdne Wojny?” – spytał Katos. Gael potwierdził. – „Chcą ci zrobić Hana Solo! Wiesz – zamknąć w jakiejś bryle, żebyś nie mógł się stamtąd wydostać.”

Gael otworzył szeroko oczy. Po raz pierwszy na jego twarzy oboje, Katos i Neith, zauważyli strach.

„Czyj to pomysł?”

„Podobno Muna. Nie wiem, jak chcą to zrobić, ale jej braciszek sprzedał swój plan Orkusowi. Dupkowi tak się to spodobało, że mało się nie obsrał ze szczęścia.”

Pod Neith ugięły się nogi.

„Pomagasz mu?” – spytała łamiącym się głosem.

„Zamknij się!” – krzyknął w jej stronę Katos. – „Gael, tym razem sprawa jest poważna! Podsłuchałem ich jak rozmawiali. Ich kolesie, ten z kucykiem i ten rudy dorwali Heroxa. Torturowali go, ale nic nie wyśpiewał. Dopiero jak Mun przyleciał z Orkusem, użyli tych betionów …czy jak one się zwą …. Wtedy Herox sypał jak na spowiedzi. Zdradził im gdzie jesteś i go zatłukli.” – skończył i obserwował jak Gael sięga za siebie. – „Musisz uciekać.”

Gael spojrzał na Neith, która stała nieruchomo wpatrując się w Katosa. Do jej oczu zaczęły napływać łzy.

„Czy to jakiś twój kolejny plan?” – krzyknęła w stronę Gaela. Nic nie powiedział.

„Daj mi swoją kurtkę.” – zaproponował Katos. – „Jesteśmy podobnej budowy. Wyjdę na zewnątrz i będę na nich czekał. W tym czasie, zdążysz uciec.”

„A ona?” – spytał Gael.

Katos wzruszył ramionami.

„Zabij ją teraz, albo bierz ze sobą.”

„Będzie mnie spowalniać.” – chłopak pokiwał głową.

„Więc opcja numer jeden.”

Neith patrzyła to na jednego, to na drugiego z chłopaków. Usiadła na ławce i kiwała głową wypowiadając jakieś niezrozumiałe słowa.

„Czemu mi pomagasz?” – zainteresował się Gael.

Katos wzruszył ramionami.

„Chyba czas opowiedzieć się po którejś ze stron. Poza tym – podoba mi się twoje podejście do życia.”

Gael kiwnął głową. Zrzucił swoją kurtkę. Katos zrobił to samo. Za moment wymienili się częściami garderoby. Gael nałożył na siebie ciemną i ciężką kurtkę Katosa, a ten okrył się jasną, delikatną wiatrówką.

„Co zrobisz, jak cię tu znajdą?”

„Nie wiem. Wcisnę im jakiś kit.”

Gael podszedł do Neith. Kucnął obok niej i chciał dotknąć jej dłoni, ale cofnęła rękę.

„Nie tak miało być.” – powiedział cicho. – „Twój głupi brat wszystko popsuł.”

Zatrzęsła się.

„Zabijesz mnie?” – zapytała łamiącym się głosem.

Chwilę zwlekał z odpowiedzią.

„Pójdę z tobą.” – pisnęła. – „Obiecuję, będę grzeczna, zrobię co chcesz. Nie ucieknę, tylko proszę … nie rób tego.” – zaczęła płakać rzewnymi łzami.

„Gael!” – ponaglił go Katos. – „Nie masz na to czasu!”

„Śmieć!” – wrzasnęła na niego Neith.

Chłopak zlustrował ją pogardliwym spojrzeniem.

„Jego też tak nazywałaś a teraz się obściskujecie.”

Gael wyprostował się. Podniósł leżący na ławce kawałek materiału, którym wcześniej była skrępowana.

„Żeby to było jasne – spróbuj mnie wykiwać, a wtedy na pewno się nie zawaham.” – oznajmił ostro. Neith skinęła głową na znak, że rozumie.

„To co? Czas się pożegnać?” – rzucił Katos. Podszedł do Gaela, zarzucił mu ramię na szyję i przytulił.

„Poznacie ciebie bracie, było najlepszym, co mi się kiedykolwiek przytrafiło.” – to wyznanie zdziwiło Gaela. Podniósł głowę i spojrzał Katosowi prosto w oczy. Już chciał coś powiedzieć, ale z kącika otwartych ust pociekła mu strużka krwi. Popatrzył w dół. W jego torsie, tuż pod sercem tkwił sztylet, którego rękojeść była ciasno opleciona dłonią Katosa. Chłopak odsunął się wyciągając nóż z ciała Gaela.

Broń, którą trzymał, miała krótki uchwyt wykonany z poroża zwierzyny łownej oraz niewiele krótsze, obsydianowe ostrze, wygięte w lekki łuk. Po klindze ściekała krew. Gael przekręcił głowę zdziwiony i spojrzał pytająco na Katosa. Lewą dłoń oparł na swoim boku. Neith pisnęła, kiedy opadł na kolana.

„Pewnie zastanawiasz się … jak? Skąd wiedziałem? Zastanawiasz się, prawda?” – spokojny ton Katos rozniósł się po całym pomieszczeniu.

Gael nic nie odpowiedział, tylko podniósł głowę i patrzył na swojego przeciwnika.

„Strażnik. Tak.” – Katos zachichotał. – „Ja i on mamy taką samą wiedzę. Z tym że, ja widzę znak a on zna jego znaczenie. I … nie wiem jak to działa, ale kiedy wyłączę własny umysł potrafię dostać się do jego głowy. A on niestety znał twój mały sekrecik obsydianowego noża, czyż nie?”

Gael wciąż patrzył na niego z wyraźnym bólem na twarzy. Nie zareagował. Oddychał ciężko trzymając się za bok, a z pomiędzy jego palców przepływało coraz więcej krwi.

„Ten sztylecik symbolizuje jakiegoś bożka, który, podobno, był strasznie uparty. Tak uparty, że jego ulubione narzędzie aż nasiąkło tym uporem. Od tego czasu, każdy kto go ma może stać się równie nieprzejednany.” – Katos tłumaczył siedzącej z podkulonymi nogami Neith, która była w zbyt dużym szoku, by go słuchać. – „Wystarczyło, że nasz wspólny kolega uparł się, że po śmierci ożyje, a tak się działo. A ja, będąc w pobliżu noża uparłem się, że oddasz mi go ze swoją kurtką. Tak to działa, prawda?” – zapytał Gaela, ale chłopak tylko bardziej opadł na ziemię. Prawą dłonią opierał się o podłogę, a jego głowa była już zbyt ciężka, by ją podnosić.

Katos kucnął obok niego. Wziął podbródek chłopaka w dłoń i lekko uniósł. Gael unikał jego wzroku.

„Boisz się, co? Tym razem musisz się bać, bo wiesz, że to koniec. Umierasz … po raz ostatni.” – zaśmiał się. – „Tylu cwaniaków próbowało a to ja cię pokonałem. Pierwszy raz w życiu jestem z siebie naprawdę dumny. I ty też powinieneś. Otworzyłeś mi oczy.” – puścił głowę Gaela. Ranny opadł na ziemię i zgiął się w pół. Leżąc przekręcił głowę i spoglądał w górę. Jego oczy spotkały spojrzenie Neith. Dziewczyna opadła na podłogę i przyłożyła dłoń do jego twarzy. Za moment oblicze Gaela uspokoiło się, a z jego źrenic zniknęły wszelkie ślady życia.

Neith poderwała się na równe nogi i biorąc duży zamach uderzyła Katosa w twarz.

„Śmieciu!” – krzyknęła.

Chłopak rozmasował szczękę.

„Neith! Rozczarowujesz mnie. Nienawidziłaś go tyle lat, a wystarczy, że potrzepotał rzęsami i już jesteś po jego stronie?” – cała sytuacja bawiła go.

„Nie chciał mnie zabić!” – wrzeszczała dziewczyna.

Katos pokiwał głową z niedowierzaniem.

„Jaka ty jesteś głupia.” – zaśmiał się.

Mun i Gotus szli leśną drogą. Krok w krok za nimi podążały trzy oślizgłe, małpio podobne potwory.

„Jesteś pewny, że to ta droga?”

„Tak powiedział Strażnik. Neith i Chenti są w jakimś murowanym budynku z wieżą.”

„Gael.” – poprawił Gotus.

„Gael … Chenti. Jak zwał tak zwał, ważne, żeby go zabić.”

„Znowu.” – westchnął mężczyzna z kucykiem.

„I po wieki wieków.”

„Aż tyle to ty nie będziesz myśliwym.” – zażartował. Mun obrzucił go złośliwym spojrzeniem. – „Tylko mówię … pewnie będziesz za dużo gadał z grzesznikami, albo znając ciebie będziesz im wybaczał, więc szybko stracisz urząd.”

„Więc co? Mam nie zadawać pytań; nie próbować zrozumieć, tylko od razu zabijać?!” – żachnął się Mun.

„Dokładnie tak!”

„Więc, ile razy ciebie Orkus musiałby już zabić?”

„Wystarczyłby raz, ale musiałby złapać mnie na gorącym uczynku!” – Gotus chciał urwać rozmowę, ale po chwili spytał. – „Co będzie z Neith? Chyba nie każesz jej łazić ze sobą?”

Mun pokręcił głową.

„Nie. Jeden z was zostanie z nią w barze. Tylko zastanawiam się, który?”

„Rayos!” – od razu rzucił drugi z mężczyzn. Nowo mianowany myśliwy uśmiechnął się. – „No co? Ja ci się bardziej przydam na froncie.” – wytłumaczył się Gotus.

„Neith będzie innego zdania.” – skwitował Mun dokuczliwym tonem. Jego rozmówca nie odezwał się. – „Wiesz, że ona cię … lubi.” – dodał po chwili.

Gotus popatrzył na niego morderczo.

„Więc mam ci zacząć mówić: szwagrze?” – zakpił. Mun zaśmiał się, ale za moment spoważniał.

„Tylko się do niej zbliż!” – zagroził.

„Tak myślałem.” – spuentował Gotus.

Szli w ciszy, póki nie zobaczyli w oddali budynku, o którym mówił Strażnik. Przyspieszyli kroku. Po kilkunastu metrach Gotus głośno zaklął i puścił się biegiem wzdłuż ścieżki. Mun nie zadawał pytań, ani go nie zatrzymywał tylko ruszył za nim. Do leżącego na ziemi w kałuży krwi Rayosa dobiegł jako drugi, w momencie, kiedy Gotus sprawdzał funkcje życiowe swojego kolegi. Zaklął.

„Co z nim?”

„Ma puls, ale nie oddycha.” – Gotus zaczął wykonywać sztuczne oddychanie.

Mun popatrzył w kierunku murowanej budowli.

„Idź!” – krzyknął na niego Gotus. – „Idź i zabij tego śmiecia!”

Myśliwy skinął na betiony i ruszył przed siebie.

Potężne drzwi skrzypnęły i nieco światła wlało się do wnętrza budynku. Mun powoli wszedł do środka i poczekał chwilę, by jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Mrugnął kilka razy i skupił wzrok na najodleglejszym punkcie pomieszczenia. W subtelnym świetle świec dostrzegł dwie sylwetki, kobiecą i męską. Wyglądało to tak, jakby mężczyzna krępował kobiecie ręce tuż za plecami. Od razu szybciej zabiło mu serce.

„Neith! I Chenti. Więc Strażnik nie kłamał.”

Zrobił kolejne kilka kroków, wciąż czekając na oswojenie się z ciemnością. I wtedy postaci poruszyły się.

Katos, zobaczywszy, że Mun zjawił się w środku murowanej budowli złapał Neith za ramię i, nim zdążyła zareagować, przyciągnął ją do siebie. Lewą dłoń mocno przycisnął do jej ust, a do szyi przyłożył nóż.

„Chenti!” – Mun odezwał się do razu. – „Nie rób nic głupiego! Zobacz!” – wyciągnął ręce przed siebie. – „Jestem nieuzbrojony.”

Katos nie odezwał się, tylko mocniej przycisnął sztylet do szyi Neith. Dziewczyna pisnęła.

„Chenti!” – wrzasnął Mun. – „Nie zmuszaj mnie do użycia siły! Jestem nowym myśliwym i jeśli jej nie wypuścisz poszczuję cię betionami!”

Na dźwięk tej groźby chłopak zaśmiał się.

„Rozejrzyj się, panie łowco!” – zadrwił – „Twoje zwierzaczki nie mogą tu wejść!”

Źrenice Muna wreszcie zaczęły współpracować z mrokiem. Kształty ułożyły się w znane mu postaci. Widząc swoją siostrę z nożem przy gardle oraz, wreszcie rozpoznając osobę, która jej groziła, stracił na chwilę oddech. Katos zaśmiał się.

„Całe szczęście uprzejmości mamy już z bańki, nie? Teraz tylko dla zasady zdziw się, że to ja a nie Chenti i będziemy w domu.”

„Gdzie on jest?”

„Czemu cię to teraz interesuje? To ja trzymam nóż przy krtani twojej siostrzyczki! Tym się powinieneś martwić!”

„Masz rację.” – Mun wyprostował się. Podniósł jedną dłoń i pstryknął palcami. Kiedy nic się nie stało odwrócił się zdziwiony.

„Przecież powiedziałem, że nie mogą tu przebywać.” – chłopak, widząc zaskoczoną minę myśliwego od razu dodał. – „To piekielne stwory, więc nie wejdą do kościoła.”

„Do czego?!”

Katos pokiwał głową z rezygnacją.

„Z wami, urodzonymi tu, nie ma żadnej zabawy. Nie rozumiecie ironii: kościół … w piekle …Cóż, w każdym razie, nie wejdą tu.” – uśmiechnął się przyjaźnie.

„Dobrze więc …” – Mun próbował brzmieć najspokojniej, jak to tylko było możliwe. Widząc przerażenie w oczach Neith bał się o jej życie, chyba bardziej niż ona sama. Nie zauważył nawet dyskretnych ruchów źrenic swojej siostry, kiedy próbowała zwrócić jego uwagę na martwe ciało Gaela leżące w kałuży krwi, tuż za ławkami. – „Nie będę pytał. Nie będę próbował rozumieć. Zrobię wszystko, tylko wypuść Neith … Czego chcesz? Mam cię nie ścigać? Ciebie i Chentiego … bo domyślam się, że pracujecie razem …”

Neith znowu pisnęła, ale Katos uciszył ją jeszcze mocniej przyciskając sztylet. Tym razem po szyi dziewczyny pociekła krew.

„Co mam zrobić!” – krzyknął Mun, aż zatrzęsły się okna w budynku.

„O to chodzi, że … nic nie możesz zrobić.” – wypowiadając to zdanie chłopak przeciągnął sztyletem po gardle Neith rozplatając jej krtań na dwie części. Dziewczyna wybałuszyła oczy, i jak kłoda, opadła na podłogę. Za moment miejsce, w którym leżała zaczęło nasiąkać krwią.

Mun miał wrażenie, że czas spowolnił. Patrzył w oczy Neith, i przez ułamek sekundy, mógłby przysiąc, że widział w ich całe jej życie. Zobaczył radość, którą okazywała kiedy jako małą dziewczynkę nosił ją na baranach; beztroskę, kiedy razem z Clementią zaśmiewały się z żartów, które tylko one mogły zrozumieć; skrępowanie, które okazała, kiedy po raz pierwszy poznała Gotusa i nieporadność, która ją charakteryzowała, kiedy był w pobliżu. Niestety, zobaczył też żal, że jej życie kończy się zanim kiedykolwiek zdążyła zacząć je wieść. Ta nadzieja, którą nosiła w sobie, że nawet w piekle można wieść normalne życie umarła razem z nią.

Mun poczuł jak wzbiera w nim gniew. Mrugnął, a po jego policzku spłynęła łza. Już strata Siryi poszarpała jego serce, ale teraz poczuł, że zostało mu ono wyrwane w całości. Nie ma z nim betionów, trudno. Nie będą potrzebne. Zrobił kilka kroków w przód, i w zupełnej ciszy, rzucił się na stojącego naprzeciwko niego młodego chłopaka, na twarzy którego malował się arogancki uśmiech. Myśliwy owinął swoje masywne dłonie wokół gardła chłopaka i zaciskał je tak mocno i długo, dopóki owy uśmieszek nie zniknął. Kiedy ciało młokosa zaczęło opadać na ziemię, Mun pozwolił na upadek, po czym, bez emocji, schylił się i tym razem objął głowę swojej ofiary. Zaczął równomiernie uderzać nią o podłogę, tak długo, aż zobaczył jak, z pomiędzy roztrzaskanej czaszki, razem z krwią, wypływa również mózg.

Wyprostował się i, oddychając ciężko, rozejrzał. Gdyby wiedział czym jest budynek kościoła i jak wygląda jego wyposażenie, wiedziałby, że stoi w miejscu, w którym powinien być ołtarz. Jednak tutaj to miejsce przypominało rzeźnię. Dopiero teraz zauważył, że otaczają go trzy ciała. Na zwłoki Katosa nawet nie popatrzył. Na ciało Neith bał się spojrzeć. Podszedł więc do trzeciego z trupów i odwrócił go. Jego szczęka lekko drgnęła kiedy zobaczył Chentiego z przedziurawionym bokiem.

„Co tu się do cholery stało?” – pomyślał.

Natychmiast przypomniał sobie o Gotusie, który był na zewnątrz i zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia o stanie Rayosa.

„Jeśli on też …” – poczuł ucisk w żołądku.

Ociągając się podszedł do ciała Neith. Próbując nie wybuchnąć płaczem rozwiązał jej skrępowane dłonie. Kiedy to zrobił wziął jej ciało na ręce i wstał. Poczuł jak głowa dziewczyny bezwładnie obija się o jego klatkę piersiową, by za moment opaść do tyłu odsłaniając martwe oblicze. Tego już Mun nie wytrzymał. Wynosząc ciało Neith z murowanego budynku zalewał się łzami jak małe dziecko.


[1] Breaking Benjamin, „Crawl”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>