Naissant roz 22. Naissant

Naissant[1]

Pierwszy raz poczuł to, kiedy wpuścił Marcelę do własnego rozumu, by mogła pokazać mu swoje grzeszne życie. Wtedy, na brzegu rzeki, zagłębiając się w meandry umysłu dziewiętnastowiecznej akuszerki przejął jej świadomość zupełnie wypierając swoją. Czuł jej wewnętrzne rozchwianie. Najbardziej jednak uderzyły go jej uczucia, kiedy szalała po swojej celi, na kilka godzin przed śmiercią. Być może temu, że sam nigdy nie doznał czegoś takiego. Jemu znane było jedynie uczucie obumierania psychicznego. Chciał coś czuć; chciał być zły na siebie lub innych, zamiast tego wypełniała go pogarda; chciał czuć się winny, mieć wyrzuty sumienia. Cokolwiek – on jednak nie czuł nic poza odrazą. I wtedy uderzyły go jej przeżycia. Jego niedożywienie emocjonalne nakarmiło się jej bólem, straconą miłością, strachem i rozpaczą.

Od tamtego momentu nieświadomie szukał kolejnych źródeł pokarmu. Mężczyzna na plaży, weteran wojenny – nie wpuścił go do swojego umysłu i temu musiał umrzeć. Jednak te morderstwo również było w pewien sposób wyzwalające. Dotychczas był tylko obserwatorem, jakby nie istniał, a życie toczyło się obok. Moment, w którym podciął gardło tego mężczyzny był pierwszym przekroczeniem granic, o których do tej pory tylko myślał.

A sen o jaguarze. Tylko czy to na pewno był sen?

Wciąż chodząca mu po głowie wizja samego siebie wykrwawiającego się na dachu windy; bezbronnego i bezsilnego, zaczynała się powoli zacierać.

I wtedy to się stało. Siedząc na schodach przed zamkniętym barem, rozmyślając o źródłach nieśmiertelności pozwolił swojej świadomości odpłynąć daleko, poza własne ciało. Kiedy stał się pustym naczyniem ogarnęło go błogie i bardzo przyjemne uczucie wolności. Mógł podróżować własnym umysłem gdzie tylko chciał i pozwalać, by jaźnie innych go wypełniały. Wówczas połączył się ze świadomością Strażnika. Cała wiedza tego tajemniczego człowieczka uderzyła go z ogromną siłą. Symbole przestały być symbolami a stały się jasną i czytelną treścią. Każdy gest, każda mina znanych mu osób nie pozostawiała wątpliwości. Mógł je czytać jak otwartą księgę.

Pozwolił więc sobie, płynąć po umyśle Strażnika przyciągany tymi emocjami, które wydawały się najbardziej kuszące. Przeszukując zakamarki zagadkowego umysłu wyczuł energię, która wydała mu się znajoma. Podążył w jej kierunku i już po chwili był pewien.

Tam na Ziemi byli prawie identyczni. Wycofani, niemający zaufania do przebiegu swojego życia. Mimo, że dorastali pozostawali na etapie dzieciństwa. Bezbronni i beznadziejni.

Po śmierci musieli podjąć decyzję: co dalej? I on wybrał. W sobie tylko znany sposób poznał sekret, którego zaczęli zazdrościć mu wszyscy. Stał się wrogiem publicznym numer jeden. Ale w nich jest jednocześnie coś elektryzującego i pociągającego. Nagle wszyscy zaczęli o nim mówić, nie można było oprzeć się jego urokowi. Kochano go nienawidzić i nienawidzono kochać. Przestał dążyć do zaspokojenia żądań innych. Poznał własne i zaczął uważać świat za osobisty plac zabaw. Zuchwały i arogancki. Nie był już obserwatorem, tylko bohaterem pierwszoplanowym.

Więc i ja musze wybrać … Ja już wybrałem! Ja chcę być jak on! Chcę być nim! Ale taki jak on może być tylko jeden …

Było wcześnie rano. Poczuł rześkie powietrze na skórze. I wtedy wszystkie synapsy mózgu Strażnika poprowadziły go prostą ścieżką do odpowiedzi.

Później, już w kościele nie czuł wyrzutów sumienia. Ich życie za jego. Jego dotychczasowa egzystencja za nową. I do tego potrzebował Muna. Świeżo upieczony myśliwy nie zrobiłby mu krzywdy ot tak, ale już w ramach zemsty … Śmierć Gaela niewiele by tu pomogła, temu i Neith musiała zginąć.

Czy bał się, kiedy Mun zaciskał mu swoje olbrzymie dłonie na szyi? Być może powinien, ale był zbyt skupiony na obsydianowym nożu i chęci ponownego narodzenia się.

Ból był przeszywający, ale przecież da się znieść każde pokłady cierpienia, wiedząc, że uda się je przeżyć. Więc wytrzymał. Nie żył już w momencie pierwszego uderzenia jego głową o murowaną posadzkę kościoła.

Poczuł jak jego świadomość znowu opuszcza ciało, jakby zasypiał. Zapadł się pod podłogę i spadał. Powoli, jakby grawitacja była dużo mniejsza niż powinna. Leciał w dół, ale nie bał się. Całe to spadanie było bardzo przyjemne i oczyszczające.

Kiedy w końcu dotknął podłoża poczuł pod skórą ciepły piasek. Podniósł głowę i uśmiechnął się. Miejsce, w którym był wydawało mu się bardzo znajome. Zielony piasek i fosforyzująca błękitem woda. Był tu już kiedyś. To pewne.

Zanim jednak zdążył nacieszyć się wypoczynkiem na plażę wpadła potężna fala i porwała go prosto w głębiny. Zanurzony całkowicie nie przestraszył się, że nie może oddychać. Znów poczuł błogość rozchodzącą się po całym jego ciele i zaczął zasypiać.

Wtedy poderwał się z głośnym wdechem. Opadł na ziemię szybko łapiąc powietrze. Głowa pękała mu z bólu a na szyi czuł ucisk, tak, że musiał oddychać bardzo głęboko by się dotleniać. Leżał tak przez chwilę odpoczywając, póki z jego gardła nie zaczął wydobywać się śmiech. Głośny, szczery – triumfalny.

Kilka godzin później, wstał i rozejrzał się po pomieszczeniu. Był całkowicie sam. Poza dwoma plamami krwi, nie było w pobliżu żadnych śladów świadczących o jatce, która rozegrała się w tym kościele jakiś czas temu. Otrzepał się i sięgnął za siebie. Pod palcami wyczuł tkwiący, tu za paskiem u spodni, drobny, obsydianowy sztylet.

Uśmiechnął się.

Drzwi skrzypnęły, kiedy wyszedł na zewnątrz. Słońce świeciło mocno tego dnia, oślepiając go na chwilę.

Usłyszał łomot dochodzący zza budynku. Złapał rękojeść sztyletu i czekał. Po chwili jego oczom ukazał się mężczyzna. Był średniej budowy, może z metr siedemdziesiąt kilka wzrostu. Krótkie, ciemne włosy. Garnitur, w który był ubrany był cały potargany i ubrudzony. Całkowicie roztrzęsiony opadł na kolana przed stojącym chłopakiem, trzymającym krótki sztylet o czarnym ostrzu.

„Co się dzieje?! Gdzie ja jestem?” – wysapał.

Katos tylko uśmiechnął się. Schował swój nóż za spodnie.

„Jak masz na imię?” – spytał przybysza.

„Lenar. Co to za miejsce? Kim jesteś?”

Chłopak ponowił uśmiech.

„Gdzie ja jestem?!” – krzyknął Lenar.

„Spokojnie.” – zadrwił Katos. – „Weź głęboki oddech i zrelaksuj się … Będziesz miał mnóstwo czasu na zadawanie takich pytań.” – zachichotał.

„Skąd to wiesz?”

„Bo jakiś czas temu byłem na twoim miejscu. A teraz zobacz …” – chłopak rozłożył szeroko ręce eksponując swoją sylwetkę. – „Cały i zdrowy.”

„Jak masz na imię?” – spytał go Lenar.

Katos spoważniał. Zastanawiał się chwilę patrząc swojemu rozmówcy prosto w oczy. W końcu uniósł głowę i przybrał dumną postawę. Wykrzywił usta w delikatnym uśmiechu.

„„Jestem Gael. Gael Tero. A to, mój drogi przyjacielu, to jest piekło”


[1] Hiszp.. = naciente; naciente del sol: narodziny Słońca – wschód Słońca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>