Archiwa tagu: gael tero

Naissant roz 20. Legenda Gwiazdy Porannej

„Jak to myśliwym, jakim myśliwym? Że co?! O czym ty bredzisz?! Kim ty w ogóle jesteś?!”

„Zabiłeś Orkusa, czyż nie?” – głos człowieczka był spokojny.

„Nie wiem. Może żyje!” – rzucił Mun patrząc prosząco na Gotusa, ale ten pokiwał przecząco głową.

„Zgodnie z tradycją przejmujesz jego obowiązki i przywileje. Od tej chwili stajesz się demonem śmierci. Twoim zadaniem jest karać i dręczyć kłamców, zdrajców i morderców. Od teraz piekło ma być utożsamiane z twoim imieniem a tym sam masz być największym koszmarem każdego z grzeszników, którzy to właśnie przed tobą odpowiadają za swoje występki.” – człowieczek mówił praktycznie nie zatrzymując się, by nabierać powietrza. – „Każdy grzesznik musi dobrowolnie oddać się w twoje ręce, jeśli przyłapiesz go na gorącym uczynku. Od teraz betiony należą do ciebie i Continue reading Naissant roz 20. Legenda Gwiazdy Porannej

Naissant roz 17. Owca w wilczej skórze

Neith wyprostowała się na twardej ławie i przestała płakać. Usłyszała skrzypnięcie, jakby ktoś otwierał duże i ciężkie drzwi. Za chwilę zamknęły się z cichym trzaskiem. Powolne, uderzenia w posadzkę oznaczały, że ktoś się do niej zbliżał. Nie miała pojęcia kim może być owy przybysz. Być może był to ten chudy człowieczek, który ją porwał? Słuchając zauważyła jednak, że ta osoba chodzi w inny sposób. Tamten stawiał krótkie, szybkie kroki, jakby był w ciągłym pośpiechu. Ten chód był flegmatyczny, równomierny, wręcz majestatyczny.

„Kto to może być? Może ktoś mnie znalazł? Uwolni mnie! A jeśli nie? Jeśli to ktoś, kto chce mnie zabić? Ale przecież kto chciałby to zrobić? Niby czemu?! Kim ja tu jestem, żeby mnie porywać i zabijać?” – po jej głowie krążyło pełno tego typu myśli.

Poczuła jak ława, na której siedziała lekko ugina się. Najwyraźniej Continue reading Naissant roz 17. Owca w wilczej skórze

Naissant roz 16. Poszukiwania

Katos wstał ze schodów i otrzepał spodnie. Zrobił kilka korków do przodu. Widząc to, Rayos oderwał się od drzwi, o które się opierał i już był gotowy ruszyć za chłopakiem kiedy usłyszał:

„Idziesz ze mną?”

„Dokąd?” – spytał.

Katos odwrócił się i popatrzył na niego. Uśmiechnął się lekko.

„Poznać ten pieprzony sekret nieśmiertelności.”

Rayos zszedł na dół i stanął obok niego. Przez chwilę uważnie przyglądał się chłopakowi.

„Masz jakiś plan?” – spytał.

„Być może.” – rzucił tajemniczo Katos.

Rayos nie odezwał się. Wciąż nie odrywał wzroku od Continue reading Naissant roz 16. Poszukiwania

Naissant roz 15. W pojedynkę

Gael stał w niedużym sosnowym lesie. Głowę opierał o gruby konar i spokojnie palił papierosa wsłuchując się w szum wiatru targającego czubki drzew. Miał zamknięte oczy. Oddychał powoli, co raz wpuszczając do płuc kolejną dawkę gryzącego dymu. Pod jego nogami rozciągało się ubogie runo leśne złożone głównie z wrzosów i borówek. Miejscami krzewinki i pnącza zdobiły niewielkie dzwonkowate kwiaty. Resztę krajobrazu obficie dopełniała bladozielona trawa. Zza drzew, w dolinie za lasem, dało się dojrzeć mały, murowany budynek o strzelistej wieży i brązowym dachu. Za każdym razem, kiedy Continue reading Naissant roz 15. W pojedynkę

Naissant roz 14. Karmazynowy flaming

Serce zabiło mu szybciej, kiedy znalazł to, czego szukał. Widział go kilka lat wcześniej – od tego czasu chłopak nic się zmienił. Na twarzy był wciąż taki sam: chłopczykowata uroda, błysk w oku i niepokorny uśmiech. Stał przy barze, oparty łokciami o blat przyglądał się tańczącej na podwyższeniu kobiecie.

Mun poczuł jak skacze mu ciśnienie. Oto był on – Chenti. Człowiek, którego szukał. Którego kiedyś, nieostrożnie, podziwiał, a którego żywot dziś planował skończyć. Wiedział jednak, że jeśli popełni choć jeden drobny błąd, to on pierwszy będzie gryzł ziemię. Z tym chłopakiem nie ma żartów; on się niczego nie boi, Continue reading Naissant roz 14. Karmazynowy flaming

Naissant roz 12. Herox

„Zamknij się!”

„Po prostu uważam, że powinniśmy mu powiedzieć. To wszystko.”

„Nie! I tak zrobiliśmy już więcej niż mógł się spodziewać. Zaatakowaliśmy Chentiego, dostarczyliśmy Heroxa … Co on sobie wyobraża? Że jesteśmy jego chłopcami na posyłki?!”

„To nie zmienia faktu, że …”

„Nawet nie będę o tym dyskutował, więc skończ! Chce wiedzieć, co u jego więźnia niech sam mu zawozi żarcie i ubrania, które naobiecywał, a nie – znowu wysyła nas.”

„Jest zajęty szukaniem Chentiego.”

„I świetnie! Może znajdzie ich obu.”

„O to mi chodzi. Co jeśli Herox dotrze do Continue reading Naissant roz 12. Herox

Naissant roz 11. Wisielec

Kiedy opuścił wymiar osobistego piekła cała krew, która brudziła jego ubranie, zniknęła. Spojrzał w dół po sobie i uśmiechnął się:

„To tyle, jeśli chodzi o doprowadzanie się do porządku.”

Przeciągnął się i rozejrzał. Stał na skraju popękanej, brukowanej drogi. Dookoła rozciągała się kamienna pustynia. Zamiast piasku wszędzie był żwir a gdzie niegdzie leżały wielkie głazy. Niebo było całkowicie pokryte ciemnymi chmurami, mimo tego promienie słoneczne padały na ziemię. Nie było jednak ciepło. Silnie wiejący wiatr sprawiał, że na pustyni panował dość duży chłód.

Gael szczelnie owinął się swoją kurtką.

„Do miasta.” – pomyślał. I ruszył przed siebie. Idąc podśpiewywał i kopał leżące na jego drodze kamyki. Był w dobrym humorze. Właśnie dowiedział się o czymś, co bardzo go ucieszyło. Układając w głowie plan uśmiechnął się sam do siebie.

„Czyżby wreszcie, po takim czasie udałoby mi się ją zabić?” – zastanawiał się nie mogąc uwierzyć, że jego cel może być już tak blisko.

Pochłonięty swoimi myślami, nie zauważył, że od jakiegoś czasu jest śledzony. Tak naprawdę, rzadko zwracał na to uwagę; za nim ciągle ktoś chodził. Ale zazwyczaj przynajmniej zdawał sobie z tego sprawę.

Zza jednego z głazów, które minął wyszła odrażająca kreatura. Miała posturę przerośniętej i łysej na całym ciele małpy, jednak głowa była ludzka. Jej skóra była niebieska i oślizgła. Oczy wąskie i żółte, z fioletowymi źrenicami; nos mały, przypominający nozdrza człowieka, jednak bez przegrody. W miejscu, w którym powinny być uszy poczwara miała niewielkie otwory pokryte półprzeźroczystymi błonami. Zamiast ust było swoiste pęknięcie w skórze, zza którego błyskały ostro zakończone zęby i długi, wężowy język. Kończyny górne i dolne przypominały mieszankę genów małpich i ludzkich. Nogi były zwierzęce, krótkie, ale zakończone stopą jak u człowieka. Ręce natomiast długie, sięgały zwierzęciu prawie do ud, a zamiast dłoni były wyposażone w trzy wielkie palce, na końcu których znajdowały się grube pazury.

Monstrum patrzyło przez chwilę na odchodzącego Gaela. Zaciągnęło się kilka razy, łapiąc trop i kiedy upewniło się, że chłopak jest tym, kogo szuka wyszło zza głazu i stanęło na środku drogi. Nie czekając dłużej zawyło do nieba.

Gael aż podskoczył, kiedy usłyszał przeraźliwy hałas. Odwrócił się i otworzył szeroko oczy. Doskonale znał to zwierzę, Nie raz się spotkali; raz już go pożarło. Ale jego obecność zwiastowała większe kłopoty.

„Jeśli jest tu ta poczwara, to na pewno jest tu Orkus.”

Niewiele myśląc Gael zaczął uciekać. Puścił się pędem po drodze, którą szedł. Po przebiegnięciu kilkunastu metrów zdał sobie sprawę, że goniący go potwór ma, w przeciwieństwie do niego, bose stopy. Skręcił więc ze ścieżki i wbiegł na żwir. Drobne, ale ostre kamyczki zaczęły uciekać mu spod nóg, co spowodowało, że mało się nie wywrócił. Utrzymał jednak równowagę i biegł dalej. Za chwilę usłyszał, że zwierzę krótko zawyło. Jednak, nawet nie myślało zaprzestać swojej pogoni.

Gael dobiegł do jednego z głazów i schował się za nim, by przez chwilę móc złapać oddech. Opierając się o kamień poczuł, że jest on bardzo rozgrzany. Słysząc zbliżające się monstrum podbiegł do następnego głazu. Miał nadzieję, że potwór go nie zobaczył.

Tak się nie stało, gdyż w momencie kiedy wychylił się zza kamienia zwierzę zawyło i ruszyło w jego kierunku. Uciekając dobiegł do miejsca, gdzie kamienie były poustawiane bardzo blisko siebie. Kluczył między skałami, próbując zgubić goniące go bydlę. Jednak było ono dużo szybsze i zwinniejsze. Z każdą sekundą zbliżało się do Gaela.

Ten, dobiegł do jednej ze skał i wspiął się za nią. Odwrócił się sprawdzając jak daleko jest potwór. Wziął kilka głębszych oddechów i przeskoczył na stojący najbliżej niego kamień. Później na następny i następny. Zwierzę weszło na skały i zaczęło robić to samo, jednak rozgrzane kamienie zdawały się palić je w bose stopy, gdyż lądując na każdym kolejnym głazie zwierzę wydawało z siebie piskliwy jęk.

Gael wciąż uciekał skacząc po kamieniach. Jednocześnie odwrócił się, by po raz kolejny sprawdzić gdzie jest potwór. Przez to źle ocenił odległość między dwoma skałami i zamiast wylądować na jednej a nich, tylko zahaczył ją lekko stopami i runął na ziemię.

Jęknął z bólu, kiedy spadł twarzą w żwir. Szybko podniósł się i na czworaka przeczołgał za skałę. Wstał, przylegając mocno do kamienia, za którym się schował. Sięgnął za pasek i wyciągnął swój sztylet. Ciężko łapał powietrze próbując wyrównać oddech. Wciąż słyszał jak zwierze skacze po skałach wydając z siebie krótkie piski.

Wychylił się lekko i zobaczył potwora stojącego nie wiele dalej od głazu, za którym się chował. Bardzo cicho, niczym wąż, okrążył kamień i schował się za następnym. Zwierzę zdezorientowane rozglądało się na boki nie mogąc zlokalizować swojej ofiary. Gael podszedł jeszcze bliżej i podniósł z ziemi mały kamyczek, po czym cisnął nim tuż za głową potwora. Zwierzę odwróciło się i zeskoczyło za ziemię. Tam już czekał na nie chłopak. W tym samym momencie, w którym kończyny potwora dotknęły ziemi zamachnął się raniąc je w sam środek klatki piersiowej. Zwierzę zacharczało i odsunęło się nieco. Podniosło jedną, z zakończonych pazurami łap, i spróbowało uderzyć Gaela. Chłopak padł na kolana chyląc się przed ciosem. Wtedy, tuż przed nim, znalazł się nieosłonięty bok potwora. Nie czekając wbił w niego sztylet. Rozległ się przeszywający krzyk, kiedy zwierzę zawyło z bólu. Gael ponowił cios kilka razy robiąc krwawą dziurę w ciele bestii.

Te, oszalałe z bólu zaczęło miotać się we wszystkie strony. Podniosło szponiaste łapska i wymachując nimi próbowało trafić Gaela. Zamiast niego uderzało o kolejne skały krusząc je i rozłupując.

Chłopak cofnął się nieco i przyległ do kamienia, ale zaraz nad nim posypały się jakieś drobinki. Siedział teraz na ziemi, a zwierzę szalało tuż obok niego. Złapał mocniej rękojeść sztyletu i wychylając się zza skały wbił go w stopę zwierzęcia. Kiedy, po raz kolejny, wycie bestii przeszyło powietrze, na czworakach wycofał się na bezpieczną odległość. Wyprostował się i, chowając nóż za pasek spodni, zaczął biegiem oddalać się od kamiennego labiryntu.

Nie odbiegł zbyt daleko, kiedy zza jednego z głazów wyłoniła się kolejna poczwara i zagrodziła mu drogę. Zaklął w myślach i odwrócił się, próbując obrać inny kierunek, ale pojawiło się trzecie monstrum.

Zatrzymał się i spojrzał w stronę, z której uciekał. Tam już stał Orkus i gładził zranione przez Gaela zwierzę po oślizgłej głowie.

Chłopak popatrzył po kolei na każdą z tych kreatur. Warczały na niego, ale nie zbliżały się bardziej niż na kilka metrów. W końcu uznał, że nie będzie w stanie uciec. Uniósł obie ręce nieco w górę, dając myśliwemu do zrozumienia, że poddaje się i nie będzie dalej walczył.

„Betiony …” – powiedział śpiewnie myśliwy w jego stronę, wciąż gładząc potwora. – „Nie rozumiem czemu ich tak nie lubisz.”

„Bo żaden cię jeszcze nie zjadł.” – rzucił kąśliwie chłopak.

Łowca zaśmiał się.

„Być może.”

Dookoła nich pojawiło się kilka postaci bez twarzy. Wchodzili oni w trupę, z którą podróżował Orkus. Poza betonami, człekokształtnymi stworami, myśliwy prowadzał ze sobą właśnie tę grupę niewiele wartych potępieńców, którzy wykonywali jego polecenia. Dwóch z nich podeszło do Gaela. Pierwszy, kopniakiem pod kolano, powalił chłopaka na ziemię a drugi skuł mu ręce. Trzech innych podeszło do zranionego betiona. Założyli mu obrożę na szyję i odprowadzili nieco dalej, by móc opatrzyć jego rany.

Orkus w tym czasie podszedł do klęczącego i skutego Gaela i nachylił się:

„Wiesz, że betiony to stadne zwierzęta? Nie lubią patrzeć, kiedy jedno z nich jest ranne.” – powiedział, a stojące za nim potwory wciąż warczały.

„Broniłem się.” – odrzekł Gael.

„Ty zawsze się bronisz!” – wrzasnął myśliwy.

Chłopak nic nie odpowiedział. Uniósł lekko głowę i popatrzył w ślepia jednej z bestii. Ta, warcząc wyszczerzyła w jego stronę zęby. Od razu przypomniał sobie rozdzierający ból, kiedy te same kły wbijały się w jego ciało odrywając kawałki skóry i mięśni.

Betiony mają to do siebie, że bardzo długo nie pozwalają umrzeć swojej ofierze. Wyjadają jej trzewia każąc się temu przyglądać, co tylko pogarsza agonię. Świadomość, że jest się pożeranym żywcem przez piekielne poczwary, które nie znają litości, potężny ból rozrywanego ciała i niepewność, jak długo to wszystko będzie jeszcze trwało to okrutna mieszanka wrażeń.

Orkus uderzył Gaela w twarz, wyrywając go ze wspomnień o byciu podwieczorkiem betionów.

„Podnieście go.” – rzucił do beztwarzowców. Ci natychmiast wzięli chłopaka za ramiona i postawili na równe nogi. Myśliwy popatrzył z pogardą na Gaela, po czym odszedł sprawdzić stan trzeciego potwora, który był wciąż opatrywany. Za chwilę wrócił.

„Przeszukajcie!”

Dwaj ludzie bez obliczy zabrali się do roboty. Sprawdzili ubranie Gaela w poszukiwaniu jakiejś broni, ale nic nie znaleźli i zakomunikowali o tym myśliwemu. Ten pokręcił głową.

Jeden z pomocników Orkusa podbiegł do niego i przyniósł mu smycz, taką samą jaką wcześniej założono na zranionego betiona. Myśliwy podszedł i zamocował obrożę wokół szyi Gaela. Chłopak w tym czasie nie odrywał od niego oczu. Chciał być pewny, że Orkus rozumie, że nie jest w stanie go przerazić.

Za moment ruszyli w drogę tworząc niecodzienną karawanę. Na przedzie szedł jeden z betionów, za nim kilku ludzi bez twarzy, następnie Orkus prowadzący Gaela za smyczy. Tuż za nimi szli kolejni beztwarzowcy trzymający w podobny sposób powłóczącego nogami rannego potwora. Pochód zamykała trzecia z bestii.

Orkus raz po raz mocniej pociągał za smycz, przez co Gael padał na ziemię. Podnosił się jednak za każdym razem i wciąż nie odrywając wzroku od myśliwego wracał do pochodu. W końcu obaj zrównali się krokiem.

„Powiesz mi, czy będziemy się bawić?” – spytał łowca.

Gael zaśmiał się pogardliwie, na co Orkus uderzył go pięścią w brzuch.

„Co cię tak śmieszy?” – zapytał szyderczo.

„Ty.” – mimo bólu, który rozchodził się po ciele chłopaka jego głos był zuchwały. – „Boisz się mnie.”

„Ja?” – zachichotał łowca – „Ciebie?”

„Twoja wyższość nad nimi …” – Gael wskazał głową beztwarzowców idących z przodu – „… polega na strachu. W naszym przypadku … to ja jestem górą.”

„Niby czemu?” – Orkus udał zainteresowanie.

„Bo mam coś czego chcesz, ale ani myślę się tym dzielić. A ty nie masz już pomysłów, jak mnie do tego zmusić.” – chłopak wyszczerzył zęby w aroganckim uśmiechu. –„I to cię we mnie przeraża. Boisz się, bo nie masz nade mną władzy; bo jestem od ciebie sprytniejszy; bo mam dar nieśmiertelności. W końcu boisz się mnie, bo ja się ciebie nie boję.” – przerwał na chwilę i wbił wzrok w Orkusa. Kiedy ten nie zareagował, dodał:

„Zabijasz mnie, ale mimo tego wciąż się mnie boisz …”

Myśliwy nagle ryknął w jego stronę: „Pewnego dnia nie wrócisz do życia, gwarantuję ci to!”

Gael uśmiechnął się pod nosem.

„Może uda ci się kiedyś zabić moje ciało, ale mojej dumy – nigdy!” – rzucił bezczelnie.

„Jak chcesz.” – powiedział Orkus i odchodząc znów spowodował upadek chłopaka.

Po pewnym czasie doszli do stojącej samotnie, na pustyni, drewnianej szubienicy.

„Wiesz czemu betiony cię dziś nie zjadły?” – myśliwy spytał Gaela spokojnym głosem.

Chłopak nie zareagował. Zwrócił oczy na targaną wiatrem linę, na końcu której znajdowała się pętla.

„A bo mam dziś dla ciebie coś innego.” – Orkus klasnął w dłonie – „Znasz może grę w Wisielca? Polega ona na tym, że jeden z graczy odgaduje hasło, i za każdym razem kiedy podaje błędną literę drugi dorysowuje kolejny element szubienicy. Jeśli nie zgadniesz wystarczająco szybko zostaje z ciebie, cóż … wisielec.” – teraz on przybrał cyniczny ton.

Gael wciąż nie odrywał oczu od pętli. Już wiedział do czego zmierza myśliwy.

„My zagramy w to nieco inaczej. Gotowy?” – spytał Orkus.

Chłopak nawet nie drgnął, więc myśliwy przystąpił do pracy.

„Gadaj! W jaki sposób stałeś się nieśmiertelny!?” – krzyknął.

Gael popatrzył na niego sarkastycznie nic nie mówiąc.

„Dobrze.” – powiedział łowca i pstryknął palcami na beztwarzowca. Ten doskoczył do myśliwego i podał mu do ręki smycz, na końcu której był zraniony wcześniej betion. Orkus podprowadził zwierzę do Gaela i wskazał palcem ramię chłopaka.

Bestia nachyliła się i przez chwilę obwąchiwała jeńca. W końcu swoimi żółtymi ślepiami spojrzała Gaelowi prosto w oczy. Chłopak w moment zacisnął powieki i zawył z bólu. Betion wpił się kłami w jego ciało. Tylko temu, ze Orkus odciągnął zwierzę, te nie wyrwało Gaelowi kawałka mięsa.

Trzech beztwarzowców złapało za smycz i odciągnęło bestię, która teraz była spragniona krwi chłopaka.

„Okej, Pieszczoch się zemścił. Możemy grać dalej.” – Orkus nachylił się i popatrzył na świeżą ranę Gaela.

„Będziesz gadał?”

„Spierdalaj.” – wysapał chłopak.

Na te słowa myśliwy podniósł dłoń i złapał go za pogryzione ramię. Chłopak skrzywił się z bólu.

„Ojej, ja nieuważny. Boli cię? Co się stało? Betion cię pogryzł?” – spytał Orkus z przekąsem.

„Nie, naciągnąłem mięsień rozwieszając pranie.” – rzucił równie urągliwie Gael, ciężko łapiąc oddech.

Orkus przestąpił z nogi na nogę i puścił ramię chłopaka. Dwóch jego pomocników chwyciło Gaela i podprowadziło go bliżej schodków prowadzących na szubienicę.

Myśliwy spojrzał na niego pytająco; chłopak pokiwał głową. Dał więc znak swoim ludziom, by wprowadzili Gaela wyżej.

„Jeszcze dwa kroki i zakładamy pętelkę …” – drażnił swojego więźnia Orkus.

Ten zaśmiał się: „Ja mam czas …”

Urwał, gdyż jeden z beztwarzowców uderzył go w podbródek.

Orkus stał z założonymi rękami i przyglądał się chłopakowi. Skuty, obity, z nadżartym ramieniem. Wciąż nie okazywał żadnego strachu. To najbardziej drażniło myśliwego. Wszystkie inne jego ofiary wyrywają się, poniżają błagając o litość lub o skończenie ich cierpień; płaczą, krzyczą, wzywają Boga. To z ich strachu Orkus zawsze czerpał swoją siłę. Jednak ten niepozorny młodzian ani razu się go nie bał. Wył z bólu? Tak. Nie raz, ale nigdy nie okazał strachu. Nawet kiedy trzy betiony pożerały go żywcem – Orkus patrzył mu wtedy w oczy przez cały czas. Dostrzegł w nich wiele rzeczy, ale nie to, na co czekał.

Najgorsza była jednak zuchwałość Gaela i fakt, że miał rację. Myśliwy bał się go. Chłopak już przysporzył mu masę problemów. To przez niego Orkus zaczął tracić szacunek wśród potępieńców. Kiedyś bano się kiwnąć palcem, kiedy był w pobliżu; karał śmiercią i dręczył dusze wszystkich morderców, kłamców i zdrajców. Ale znalazł się ktoś, kto się mu postawił. Młody, beztroski cwaniaczek zaczął zabijać na oczach myśliwego i zupełnie nie bał się następstw swego postępowania. Był pierwszą osobą, która nie tylko nie straciła resztek odwagi i hartu ducha na widok betiona, ale wpadła na pomysł zaatakowania zwierzęcia. Zaowocowało to częstszymi próbami bronienia się, ale póki co, Gael był jedyną osobą, która zabiła to piekielne zwierzę (wcześniej Orkus podróżował z czterema betionami). To wszystko sprawiło, że chłopak stał się popularny wśród potępieńców i wielu kibicowało mu w starciach z Orkusem. Oczywiście, nikt nie odważył się powiedzieć o tym głośno, ale myśliwy doskonale zdawał sobie sprawę z nastrojów panujących w piekle.

Tym bardziej nie mógł pozwolić sobie, na to, by ktoś poznał sekret nieśmiertelności. Ostatnim czego potrzebował były mnożące się i kompletnie nieposłuszne mu kopie Gaela. Orkus chciał poznać jego tajemnicę, by móc, ewentualnie, zabić chłopaka raz na zawsze i osobiście korzystać z niewyobrażalnego daru powracania do życia. Wtedy już nikt nigdy nie odważyłby się podważać jego pozycji myśliwego i kata.

Na razie jednak musiał użerać się z „tym bezczelnym gnojem”, który ani myślał dzielić się swoim sekretem. Mógł przedłużać zabawę w nieskończoność, ale już widział, że nie ma to sensu. Ruchem ręki nakazał beztwarzowcom założyć chłopakowi pętlę na szyję. Podczas całego rytuału obaj, on i Gael, świdrowali się wzajemnie spojrzeniami.

Kiedy lina była już ciasno owinięta wokół karku jeńca, myśliwy wszedł na szubienicę i podszedł blisko do chłopaka.

„Czemu jesteś taki uparty?” – spytał.

Gael tylko wzruszył ramionami.

„Przecież mogę cię nie zabić. Powiedz mi w jaki sposób stałeś się nieśmiertelny a cię wypuszczę. Albo lepiej – zostaniemy wspólnikami. Co ty na to?” – Gael popatrzył na myśliwego lekko rozbawionym wzrokiem – „Nie wierzysz mi? Tylko to sobie wyobraź – ja i ty. Obaj zabójczo niebezpieczni. Obaj – nieśmiertelni. Moglibyśmy podporządkować sobie całą tę krainę.”

„Ty sobie nawet żadnej kobiety nie możesz podporządkować.” – zaśmiał się Gael.

Na te słowa Orkus wyciągnął swój nóż i dźgnął chłopaka pod serce.

„Zła odpowiedź” – powiedział.

Gael stracił oddech i opadł lekko na nogach. Myśliwy odszedł kilka kroków i chwycił za wajchę uruchamiającą klapę, na której stał jego więzień. Nie odrywając od niego wzroku zwolnił mechanizm i chłopak z impetem runął w dół blokując się kiedy lina zacisnęła się mocno na jego szyi łamiąc mu kark.

Ciało Gaela zatrzęsło się kilka razy w pośmiertnych konwulsjach, a po chwili zupełnie zesztywniało i zaczęło kiwać się na wiejącym wietrze.

Orkus stał jeszcze jakiś czas przyglądając się wiszącemu trupowi, po czym dał znać swoim współpracownikom, że będą się zbierać. Na odchodne Continue reading Naissant roz 11. Wisielec

Naissant roz 10. Brzeg, pustynia i plaża

Katos obudził się, kiedy obok niego przejechał samochód. Poderwał się na równe nogi i rozejrzał. Był przekonany, że powinien leżeć na parkingu, na środku jakiegoś osiedla. Nic bardziej mylnego. Stał na środku autostrady, która, patrząc w obie strony znikała za horyzontem. Po bokach było widać tylko kredowy piasek, który ginął w mlecznej mgle. Jak okiem sięgnąć, wszędzie było biało, poza asfaltową drogą, po której jeździły samochody. Chłopak musiał uskoczyć na bok, kiedy kolejny pojazd przejechał obok niego, zupełnie nie próbując go omijać.

Kiedy upadł na piasek, w mgnieniu oka wróciły do niego wspomnienia poprzedniej nocy. Widział siebie, leżącego na dachu kabiny windy, zakrwawionego i błagającego o pomoc. Próbował, w wyobrażeniu, zmienić twarz na oblicze swojego byłego nauczyciela, ale jak tylko się na tym nie skupiał, ranny mężczyzna znów miał jego własne rysy. Continue reading Naissant roz 10. Brzeg, pustynia i plaża

Naissant roz 8. Winda

Katos samotnie spacerował po mieście. Uznał, że musi poszukać czegoś do roboty. W końcu, jeśli ma spędzić w piekle całą wieczność to powinien znaleźć sobie jakieś zajęcie. Podobnie z zakwaterowaniem, ale z tym nie powinno być problemu. Mun wytłumaczył mu, że wystarczy, że znajdzie jakieś puste mieszkanie w jednym z wieżowców i już może je zająć. Ponadto dowiedział się, że po dosypaniu odrobiny piasku do tej dziwnej substancji, którą wszyscy tu piją zacznie ona działać na organizm jak alkohol. Jakkolwiek dziwny nie byłby to przepis chłopak postanowił, że jak tylko znajdzie sobie jakąś kwaterę, od razu go wypróbuje.

Chodził bez celu przyglądając się wszystkiemu, co go otaczało. Nawet nie zauważył kiedy Continue reading Naissant roz 8. Winda