Archiwa tagu: muzyka

Spoczywaj w pokoju Chesterze!

Wczoraj, 20 lipca 2017 roku, Chester Bennington, wokalista zespołu Linkin Park został znaleziony martwy. Muzyk popełnił samobójstwo po latach walki z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków oraz depresją.

Czytam te słowa, nagłówki i wiadomości od wczoraj i do mnie nie dociera. Jestem numb, i to nawet nie jest przytyk do jednej z piosenek Linkinów. Chciałabym stworzyć jakiś sensowny wpis wspominający Chestera, ale ja wciąż nie bardzo wierzę w to, co się stało. Continue reading Spoczywaj w pokoju Chesterze!

Wow Fantastic Bae Bae!

Jakby wiedzieli, że mi nowej muzyki brak! Tylko co niedawno pisałam, że Breaking Benjamin postanowili uraczyć fanów świeżym albumem, to samo robią inni moi ulubieni BB czyli … Big Bang!

I lecą z grubej rury.

Kiedy już myślałam, że Monster jest ich najdziwniejszym teledyskiem oni przygwoździli mi Bae Bae.

Continue reading Wow Fantastic Bae Bae!

Czekając na nową płytę Breaking Benjamin …

Wstrzelili się z tym powrotem w czerwcu tego roku idealnie w czas, kiedy rozpaczliwie szukam sobie nowej muzy! Mam taki dziwny traf, że moi ulubieni wokaliści albo nie żyją, albo są mocno zajęci wszystkim innym niż robieniem muzyki, a ulubione bandy albo już nie istnieją albo nic nie nagrywają. Całe szczęście Breaking Benjamin, po kilku latach bycia Broke Benjamin chyba poczuli pustki w banku, bo pogodzili się, poszli do studia i wydali płytę. Rychło w czas, bo usychałam z potrzeby posłuchania czegoś nowego. A, że nie tak łatwo mi jest przekonać się do nowych wykonawców, to próbowałam ostatnio trochę tego, trochę tamtego, i tak powstała dość rozstrzelona gatunkowo playlista ostatniego okresu.

Continue reading Czekając na nową płytę Breaking Benjamin …

Guilty Pleasure: Linkin Park

Wszystko zaczęło się przez Dragon Ball’a, a dokładnie przez kompilacje o tematyce dragon ballowej. Wtedy to moim uszom dane było usłyszeć wielkiego hiciora One Step Closer. Wideo jest dość legendarne i znane wśród wtajemniczonych. Niestety jest również starsze niż internet, i ciężko je odnaleźć. Jeszcze kilka lat temu było na youtubie, teraz niestety nie ma :(. Podobnie, jak kilku innych klasycznych dragon ballowych kompilek. Ale zostając przy Linkin Park. Za One Step Closer poszła reszta hitów. Crawling, Points of Authority, Papercut czy In The End. Później oczywiście kolejna płyta, pełna następnych typowych im brzmień, czyli Meteora. I po niej jakoś zniknęli. Wtedy człowiek zrozumiał, że ta ich muzyka to wcale taka odkrywcza nie jest, i czemu starsi się z nich nabijają :D

Obecnie, jeśli ich słucham to raczej wracam do tamtych hitów, sprzed lat. Tylko kilka nowych piosenek mnie kupiło. Tak więc, z łezką w oku wspominamy:

Hakuna matata, jak cudownie to brzmi!

Oglądając niedawno szczery trailer do Króla Lwa po prostu popłakałam się ze śmiechu (i nostalgii). Filmik nie tylko przypomniał mi o tym fantastycznym filmie (który był pierwszym obejrzanym przeze mnie w kinie!), ale przede wszystko o jego soundtracku! Kurdę, te piosenki z Króla Lwa są tak piękne, że to nie do opisania. Kochałam (kocham) je tak bardzo, że oczywiście musiałam mieć kasetę odtwarzaną w kółko i w kółko. Słuchaliśmy jej (ja i Kuba) tyle razy, że nawet stała się podkładem muzycznym do naszej autorskiej zabawy. Zaczynała się tak, że na dywanie, z klocków domina, układaliśmy labirynt, do którego wchodziło czterech rycerzy (granych przez miedziane miniaturowe figurki). Każdy z nich reprezentował chyba inny kraj. W każdym razie, zależnie od piosenki, która leciała, oni walczyli z pasującym do klimatu przeciwnikiem. Oczywiście, wielki finał toczył się przy dźwiękach piosenki Eltona Johna :)

Jako, że często wracam do piosenek z Króla Lwa oto one. Może jeszcze komuś, oprócz mnie, zakręci się łezka w oku:

Continue reading Hakuna matata, jak cudownie to brzmi!

Lepsze wrogiem dobrego? Covery

Oto lista moich ulubionych coverów. Co prawda robiłam ją jakiś czas temu, więc część się pewnie zmieniła, ale większość zdecydowanie jest na swoim miejscu.

Będzie dość jasne, że uwielbiam APC :D

Guilty Pleasure: Big Bang

Drugi wpis z cyku Guilty Pleasure też zahaczy o muzykę. Tym razem nie będzie jednak o letniej utracie myślenia i płynięciu z latynoskimi rytmami. Teraz będzie coś, co naprawdę cięzko wpasować w jakiekolwiek kategorię.

Siedzisz sobie człowieku grzecznie, przerzucasz po kanałach, i nagle Twoim oczom ukazuje się chłopiec bądź dziewczynka. Ubrany/a dziwacznie, nawija coś w nieznanym języku w rytm tłustego bitu. Za moment pojawia się kolejny – tym razem topless, więc widać, że chłopak. Szczęka opada Ci niżej z każdą kolejną postacią ukazującą się na ekranie. Niecały rok później nie tylko potrafisz ich wszystkich rozróżnić, ale znasz ich pseudonimy (G-Dragon, T.O.P, TaeYang, DaeSung, SeungRi) i twórczość, i zdarzyło Ci się wykłócać, który z nich jest najlepszy :) Koreański boyband Big Bang to coś, czego nie potrafię wytłumaczyć, ale jakaś część mnie to uwielbia, choć nigdy nie będzie w stanie traktować tego serio :) Do moich ulubionych piosenek (i teledysków, bo dziwność tych teledysków idzie w parze z muzyką) należą:
- Monster – 1000 słów nie wyrazi tego, co obraz :)
- Bad Boy – r’n'b w wykonaniu … Azjatów. Także tego.
- Haru Haru – ta bójka! :twisted:
i kilka innych. A piosenką (i teledyskiem) prezentującym będzie ta piosenka (i teledysk), która mnie z butów wyrwała tej spokojnej, nudnawej soboty, jakiś niecały rok temu.
wow
fantastic baby!

BTW: SeungRi FTW! :P

Guilty Pleasure: Oye el boom, David Bisbal

Lato, plaża, słońce. Wyżelowany Latynos wywija biodrami, dookoła niego tańczą półnagie kobiety. Śpiewa (bądź udaje) coś w języku Cervantesa. Nie mamy pojęcia co, ale tak długo jak słyszymy amor, corazón, playa, amigo, <wstaw swój ulubiony hiszpański wyraz> (puta Barca), a całość przywodzi na myśl dobrą zabawę, to czego więcej można oczekiwać od wakacyjnego utworu?

Tę piosenkę sprzedał mi mój brat. Jest to tak wybitnie stereotypowo-latynosko-wakacyjno-kiczowata produkcja, że sami Hiszpanie traktują ją (i jej podobne) tak, jak my traktujemy disco polo. Znudzę się Oye el boom (tłum. słyszę bum) pewnie tak samo szybko, jak się nią zajarałam (Damn you, Kuba!) i zapomnę o Bisbalu i jego złocistych lokach. Nie mniej teraz, kiedy słońce żyć nam nie daje I give you … David Bisbal i Oye el boom.

Wyłączmy dobry gust muzyczny i dajmy się porwać plaży i wakacjom. I tańczmy! Tańczmy póki słyszymy bum naszego serca!

¡Olé!